wywiady i prasa

12.06.2009, DOBRZE DZIELIĆ SIĘ TALENTEM

"...Ważne, że ja dojrzałem do płyty. Ukaże się późną jesienią. Przez parę lat nie miałem chęci pisać. Wiem, że istnieją prawa rynku, ale nie napinam się, zawsze chodziłem własnymi drogami..."

 

Rzeczpospolita,

Rozmawiała Paulina Wilk.

26 sierpnia 2005. 

 

Czy w podkaliskiej wsi jest pan bliżej tego, co w życiu ważne?

 

 

Staram się. Mieszkam na zmianę na wsi i w dużym mieście. Na wsi rytm mojego życia wyznacza podlewanie roślin , karmienie zwierząt i bycie z ludźmi. Dla mnie to letnisko, ale stałych mieszkańców dotykają prawdziwe problemy. Kiedyś żyli z tartaku, teraz tracą pracę albo idą na „pomostówki". Polska to przede wszystkim małe miasteczka i wsie. W dużych miastach, nie ma kultu mądrości, panuje coś, co nazywam kultem energii - ważne jest nie życie, a u-życie, wszystko jest relatywne.

 

Kiedy pan zaczynał śpiewać, nie miał pan menedżera, był zdany sam na siebie. Wolałby pan debiutować teraz?

 

Nie chciałbym teraz zaczynać, bo dziś najliczniejszy „kościół" stanowią wyznawcy obiegowych opinii i modnych trendów. To destrukcyjne, szczególnie dla młodych, nie ukształtowanych ludzi. Liczy się tylko popularność, za każdą cenę. Kiedy debiutowałem , mieliśmy artystów komercyjnych, ale ambicje były w cenie. Teraz tych, którzy je mają, uważa się często za nudnych, niemedialnych dziwaków, skazanych na zsyłkę do różnych nisz, albo w medialny niebyt.

 

Jak się pan czuł w tym roku na opolskich „Premierach"?

 

Lubię ten festiwal, dużo mu zawdzięczam. Pojechałem tam z konkretnym przesłaniem. Ja chcę śpiewaniem zachęcić do dobrego, pomagać w szukaniu nadziei. Myślę, że talent to nie przypadek, dostaje się go więc trzeba się nim dobrze dzielić. I nie zadzierać nosa. Pojawiłem się też z prozaicznego powodu - żeby pokazać, że żyję i co robię, bo od lat jestem sekowany przez media.

 

Jednak piosenka „Naprawdę dość" znalazła się w konkursie.

 

Komisje decydujące o repertuarze w Opolu, trzy lata z rzędu ją odrzucały. Spotyka to, niestety, paru artystów regularnie... Ale w innych dziedzinach życia też tak bywa. Jest taki socjologicznie ciekawy mechanizm - muzyczni decydenci w największych rozgłośniach radiowych nie chcieli puszczać moich piosenek, bo ja „się kojarzę religijnie". Niewiele się zmieniło - z tych samych powodów nie puszczono by mnie na antenie w poprzednim systemie.

 

Otwartość w mówieniu o wierze komplikuje panu pracę zawodową?

 

I tak, i nie. Tak, bo mam utrudniony kontakt z publicznością. Jeśli moje płyty nie są obecne w mediach, to prawie tak, jakbym ich nie nagrał. Ale zyskałem szansę, żeby się rozwijać, wartościować - zespół New Life M, z którym nagrywałem i koncertowałem w całym kraju, powstał nie dla pieniędzy, ambicji, kariery. Graniem dziękowaliśmy za talenty - to było piękne, czyste doświadczenie, którego życzę każdemu artyście. Zdecydowanie dobry i twórczy wpływ na siebie i ludzi.

Zastanawiam się czy w naszych czasach samorealizacja, chęć przechodzenia siebie, filozofia i sacrum są nadal uważane za coś wyjątkowego. Przez lata upadlano inteligencję, miał rządzić lud pracujący, wyprany z wartości. Dziś nikt nie pyta, o co mi chodzi - wystarczy, że powiem słowo „Bóg", a otwiera się szuflada i ląduję w środku. To pokłosie ostatnich kilkudziesięciu lat, ale zawsze winni są ci świadomi, inteligencja. Przeskok z „sowietywizmu" w konsumpcjonizm jest dla prostego człowieka bardzo trudny. Zamiast wartości, oferuje się supermarket, papkę. Kto ma o tym mówić i zmieniać świadomość? Czasem myślę, że trzeba zmiany pokoleniowej, że nadchodzące generacje będą bardziej indywidualne i odporne na wpływ obiegowych opinii.

 

Czy to nie paradoks, że w Polsce, kraju katolików, wstydzimy się mówić o Bogu?

 

Myślę, że jest kilka powodów, jeden z nich, to nasze bogoojczyźniane tradycje. Synonim Polaka- patrioty- katolika wykształcił się jak trzecia ręka, ale z czasem życie duchowe przestało być najważniejsze, bo punkt ciężkości został przesunięty. Miejsce, w którym się dba o ducha, stało się przyczółkiem wolności politycznej. Poza tym wielu ludzi uważa wiarę za coś intymnego, chcą ją zachować dla siebie no i jeszcze ta filozofia u - życia...

Bóg, choroba i śmierć, ostatnio także starość, to tabu, znaki zapytania, których się boimy, a co dopiero odpowiedzi...

 

Myśli pan, że coś w nas zostało z tych niezwykłych dni po śmierci Jana Pawła II?

 

Ci ludzie, którzy jak rzeka wypłynęli na ulice, byli dla wielu szokiem. Ja znam tę Rzekę od lat. Dla wielu to było bardzo głębokie przeżycie, dla innych chwilowe emocje. Rozbudziły naszą tęsknotę za ojcem, który nie się ugina przed rzeczywistością i ustala reguły. Mamy w Polsce kryzys ojca i tego, co ojciec symbolizuje - siły życia, tożsamości, godności, poczucia bezpieczeństwa. To był jeden z największych i kochanych Polaków w historii Polski i świata.

 

Jak wygląda polska scena muzyki chrześcijańskiej?

 

Nie wiem, czy nazywanie muzyki „chrześcijańską" ma sens. Większość dzieł europejskiej kultury i sztuki wyrosło z judeo - chrześcijańskich korzeni. Michała Anioła czy Bacha nie określamy jako artystów chrześcijańskich. Takie nazewnictwo tworzy getto, które łatwo spychać na margines. A ta scena, to ogromna podziemna rzeka dużo cennych ludzi, którzy grają wszystkie gatunki, piszą ważne teksty, wydają albumy w niedużych wytwórniach i grają dużo dobrych koncertów.

 

Chrześcijański muzyk nie zawsze kojarzy się z profesjonalistą, utalentowanym twórcą. Jaki jest poziom artystyczny prezentowany podczas takich koncertów?

 

Bardzo różny - zależy od warsztatu, talentu i gustu. Ludzi, którzy tworzą w tym nurcie, a są powszechnie znani jako utalentowani muzycy, jest wielu, m.in.: Malejonek, Lica, Budzyński, Arka Noego, Deus Meus, TGD czy Marcin Pospieszalski. Tu rodzi się wiele zjawisk, które są ciekawsze od tych obecnych na komercyjnym rynku, bo nikt niczego nie każe, ludzie swobodnie operują pomysłami i inspiracjami. Powstają cenne i nowatorskie albumy, które nie są szerzej znane, jak płyta Eleonory Niemen.

 

Czy na popowym rynku nic nie przyciąga pana uwagi?

 

Interesujący są ci artyści, którzy wybrali swoją drogę i konsekwentnie nią idą, choćby Fisz czy grupa Ptaky, Robotobibok i Freedom Nation. Od lat imponują mi Grzegorz Turnau, Staszek Soyka. I Niemen - umarł król, nie żyje król.

 

Mówi się, że ma pan „czarny" głos. Śpiewał pan soul, kiedy na naszym rynku nie było na niego miejsca. Zaskoczyła pana eksplozja popularności hip-hopu i r'n'b?

 

Ja jestem z tego powodu wniebowzięty! Ta muzyka zawdzięcza swój sukces energii. Wyszła z czarnego kościoła, bo spiritual i gospel powstały z połączenia afrykańskich pieśni z hymnami śpiewanymi przez Białych. Potem były blues, r'n'b i rock'n'roll. Jestem rytmiarzem, wielbię rytmiczne gadanie, podział, frazę, zabawę.

 

O hip-hopie mówi się, że - podobnie jak punk - jest wyrazem buntu, krytyką reguł rządzących społeczeństwem.

 

Najważniejsze, że raperzy zadają pytania, myślą. Podoba mi się , że o coś im chodzi. Jest w nich prawda, a nie wszechobecne mydło. Ważny jest rytm, ekspresja, dzięki której słowa brzmią, jak gdyby padały „od niechcenia", przekaz wykorzystujący proste środki - język ulicy, czasem wulgaryzmy. Nie patrzę na raperów jak moralista, tylko ktoś, kogo interesuje prawda. Nie analizuję polskiego hip-hopu muzycznie, bo wtedy mógłbym się czepiać. Cieszy mnie ta powszechność myślenia i mówienia o „ważnych" sprawach.

 

Pana albumy wymagają skupienia i czasu, by wsłuchać się w refleksyjne teksty. Nie obawia się pan, że dziś to zbyt wysokie wymaganie?

 

Nie obawiam - powinna pani zobaczyć e-maile, które dostaję codziennie. Kilkanaście lat jeździłem po kraju z koncertami i widziałem mnóstwo młodych i starych ludzi, którzy uważnie słuchali i rozumieli, czym się z nimi dzielę. Wierzę, że warto robić to, co robię, nawet na niedużą skalę.

 

Niedawny sukces Krzysztofa Kiljańskiego przypomniał, że istnieje zapotrzebowanie na popowych wokalistów, a grupa Sistars rozbudziła apetyty na r'n'b. Czy to nie idealny moment, by wydał pan kolejny album?

 

Ważne, że ja dojrzałem do płyty. Ukaże się późną jesienią. Przez parę lat nie miałem chęci pisać. Wiem, że istnieją prawa rynku, ale nie napinam się, zawsze chodziłem własnymi drogami. Ja chcę normalnie, odważnie i dobrze żyć. Kiedy decydowałem się nagrywać religijne piosenki na początku lat 90., po środowisku muzycznym poszła fama, że „odjechałem psychicznie". Przez trzy lata nie miałem pracy, żyłem za pożyczone pieniądze. Mogłem się koniunkturalnie podłożyć albo żyć w zgodzie ze sobą. Dokonałem wyboru, nie pierwszy i nie ostatni raz, on ma swoją cenę.

 

 

 

 

powrót