wywiady i prasa

12.06.2009, DZIADEK DAŁ MI SIŁĘ

 ...Zaśpiewałeś w Rybniku na Nocy Świętojańskiej. Z czym ci się kojarzy ta najkrótsza noc w roku?  Z kwiatem paproci oczywiście. Tylko nie wiadomo, gdzie go szukać. Może ty wiesz? (śmiech)...

Rozmawiał: Adrian Karpeta


Zaśpiewałeś w Rybniku na Nocy Świętojańskiej. Z czym ci się kojarzy ta najkrótsza noc w roku?

 

Z kwiatem paproci oczywiście. Tylko nie wiadomo, gdzie go szukać. Może ty wiesz? (śmiech).

 

Chyba nie. A ty szukałeś kiedyś?

 

Wiesz co... w młodzieńczym szale poetyckim chadzałem do lasu, żeby nawdychać się nocy świętojańskiej. Ale kwiatu paproci nie szukałem.

 

Stanąłeś na rybnickiej scenie razem z Edytą Górniak. Wykonaliście wasz wielki przebój, „Dumkę na dwa serca". Jak wspominasz pracę nad tą piosenką?

 

Świetnie. Myśmy to robili w „międzyczasie". Ja pracowałem nad płytą, Edyta promowała swoją. Spotkaliśmy się w przeciągu. Była to szybka i owocna współpraca.

 

Czy zdarza wam się często wykonywać ten utwór razem?

 

Bardzo rzadko. Na palcach dwóch rąk można policzyć wspólne występy i śpiewanie tej piosenki. Spotykamy się stosunkowo rzadko, a wykonywanie jej z innymi nie ma sensu.

 

Mieliście okazję porozmawiać w Rybniku?

 

Tak, oczywiście. Widzieliśmy się, pogadaliśmy o różnych rzeczach...

 

O współpracy również?

 

Kiedyś mieliśmy taki pomysł. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

 

Duet z Edytą był jednym z wielu. Śpiewałeś m.in. z Lorą Szafran, Grażyną Łobaszewską, Kayah. Która z tych pań jest ci najbliższa muzycznie?

 

Marzę o tym, żeby nagrać coś pięknego z Grażyną Łobaszewską. Uważam, że jest niezwykła, że jest rzadkim owocem na tej ziemi. Ma niesamowitą, interesującą frazę, olbrzymie poczucie rytmu, piękną barwę głosu i kapitalną ekspresję. A więc wszystko to, co mi się podoba.

 

Twoja ostatnia płyta ukazała się w 2006 roku. Na twojej stronie internetowej można przeczytać, że pracujesz nad nowym materiałem.

 

Tak, to będzie niespodzianka. Dla mnie samego również. Nagrałem trzy płyty, które zakończyły pewien etap. Mam na myśli: „Czarno na białym", „Spoza nas" i „Zwykły cud". Sam byłem ciekaw, co się dalej stanie. I tak zwanym przypadkiem spotkałem amerykańską kompozytorkę, autorkę muzyki i tekstów oraz producentkę wielu płyt artystów, głównie folkowych. To Wendy Waldman, znana szerzej dzięki piosence „Save The Best For Last" z repertuaru Vanessy Williams.

 

Jak trafiliście na siebie?

Dzięki akcji „Poland why not?". Do Polski przyjechali amerykańscy autorzy, którzy pisali dla Whitney Houston, Celine Dion i wielu innych. To spotkanie zaowocowało dwiema piosenkami. Współpracowało nam się na tyle dobrze, że Wendy postanowiła przylecieć jeszcze raz do Polski i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Od roku spotykamy się, mniej więcej co dwa miesiące. Albo ja lecę do Los Angeles, albo ona przylatuje do Polski. Komponujemy piosenki. Równocześnie powstają muzyka i tekst.

 

Kiedy ukaże się płyta?

 

Nie wiem. Po raz pierwszy w życiu nie gonią mnie żadne terminy. Postanowiliśmy, że nie będziemy myśleć o wydawcach, o datach, dopóki nie będziemy zadowoleni z materiału. To jest przygoda, zarówno dla niej, jak i dla mnie. Każde spotkanie owocuje piosenkami, czasem powstają dwie, czasem trzy. Miałem też okazję, myślę że rzadką dla ludzi z tej strony Oceanu, śpiewania w prawdziwie folkowym klubie, Bluebird w Nashville, gdzie królem jest Bob Dylan, a królową Joni Mitchell.

 

Czy to znaczy, że na twoim nowym albumie będzie więcej folku?

 

Jestem muzykiem. Mierzenie się z każdym z wyraźnych gatunków muzycznych jest dla mnie przygodą. Śpiewałem różne rzeczy. Moim nurtem jest pop z elementami innych gatunków. Jeżeli gram bossa novę, staram się, żeby była bossa novą naprawdę, w instrumentacji, w aranżacji. Ale jednocześnie jest to tylko inspiracja gatunkiem. Podobnie jest z folkiem. Na płycie będą różne wpływy, łączenia. Myślę, że powstanie interesująca rzecz, jeszcze mnie w takich rejonach nie było. Wendy powiedziała, że chce pokazać urodę głosu, więc płyta będzie głównie akustyczna. Chodzimy w różne strony. Sami jesteśmy ciekawi, dokąd nas to zaprowadzi.

 

Czy znowu zaprosisz do współpracy interesujących gości?

 

Myślę, że tak. Jesteśmy na razie na etapie powstawania piosenek, nagrywania pewnych szkiców, rysów aranżacyjnych. Trochę basów nagrał Marcin Pospieszalski, Wendy nagrała trochę gitar, ja trochę zaśpiewałem. Na klawiszach zagrali Paweł Zarecki i Piotr Kominek. Będzie jeszcze kilku amerykańskich muzyków. Zrobimy taki most polsko-amerykański.

 

Czy płyta będzie sygnowana Miecz czy Mieczysław?

 

Miecz to po prostu jedna z form mojego imienia. Jest sporo ludzi, którzy mówią do mnie: Mieczu.

 

Kiedyś nie przepadałeś za swoim imieniem.

 

Przyzwyczaiłem się już do niego, choć pan Mietek nadal króluje w kawałach. Miałem z powodu imienia kłopoty. Jak coś trąci mychą, to dzieciaki się przyczepią. Ale jest to bardzo polskie imię. Pochodzi od miecza i sławy.

 

Imię dostałeś po dziadku.

 

Tak. Dziadek odszedł już niestety do krainy wiecznych łowów. Był niezwykły, bardzo go kochałem, brakuje mi go. Słyszałem, że każdy ma kogoś takiego, kto daje mu siłę życia. Jestem przekonany, że to on dał mi tę siłę.

 

 

 

Pełny artykuł znajduje się w 26(64) numerze tygodnika "Rybnik po godzinach" z dnia 27 czerwca 2008 r.

 

powrót