wywiady i prasa

08.12.2011, Gazeta Krakowska 2011

Płytę nagrywał pan cztery lata w wielu studiach w Polsce, Anglii i USA. Co gnało Pana tak przez świat z piosenkami?

 

- Przede wszystkim „gnała” mnie Wendy Waldman, producentka mojej płyty,  artystka , która mieszka w Los Angeles. Pisanie piosenek szło nam, jak z płatka. Już po pierwszym spotkaniu mieliśmy gotowe dwa utwory. Polubiliśmy się i polubiliśmy ze sobą pracować. Z kolei sesja nagraniowa w Londynie, to efekt współpracy z Basią Trzetrzelewską, która śpiewa ze mną na płycie utwór "Save The Best For The Last", hit autorstwa Wendy, który wylansowała na świecie pani Vanessa Williams.

 

Jak doszło do współpracy z Basią, czy znaliście się już wcześniej?

 

- Spotkaliśmy się jeszcze w 1999 r. na gali Fryderyków, którą Basia prowadziła, a ja odbierałem nagrodę dla wokalisty roku. W 99 r. miałem  brać udział w konkursie Eurowizji - Basia , dowiedziawszy się, rzekła : "Człowieku, żal cię na tę Eurowizję!". I miała rację! (śmiech). Potem dużo i fajnie do siebie pisaliśmy, planowaliśmy  wspólne nagrania . Ostatecznie, muzycznie i pięknie przyjacielsko udało nam się spotkać teraz . Dubeltowo, bo Basia śpiewa na mojej płycie , a ja  nagrałem  z nią „ Wandering '' , na jej nowy album.

 

Ta płyta to w Pana dorobku przełom. Odsłania oblicze artysty dojrzałego, który wie czego chce. Po drugie, wyłączając jeden utwór, jest to płyta anglojęzyczna. Zadecydowała praca w międzynarodowym składzie, czy chęć przebicia się do zagranicznych słuchaczy?

 

Pracowaliśmy po angielsku z prozaicznej przyczyny. Wendy mówi po angielsku i hiszpańsku, wybór języka był więc w moim wypadku oczywisty- po hiszpańsku – nie kumam (śmiech). Mieliśmy też pomysł , żeby przetłumaczyć wszystko na  polski  . Ale musielibyśmy zmieniać sens historii opowiedzianych w pieśniach swych, a bardzo o nie dbaliśmy, o każdą nutkę i każde słowo.  Cóż – specyfika języka.  Zdecydowaliśmy zostawić materiał w pierwotnej, organicznej  formie. Ukłonem ku polskim słuchaczom jest utwór "Rzeczy zmieniają się" i polskie impresje na temat tekstów, umieszczone w buklecie . Bo to polskie wydanie płyty,  są też plany wydania tego poza krajem.

A czy dotrze do zagranicznego słuchacza? W dobie internetu jest to możliwsze, więc mam taką nadzieję , a angielski w tym pomoże pewnie.

 

Na płycie słychać fascynację muzyką Ameryki. Pojawia się m.in. afroamerykański chór z Los Angeles „Life Choir”. Jak się śpiewało facetowi rodem z Kalisza z chórem Arethy Franklin?

 

Ale na tej płycie facet z Kalisza śpiewa też z dziewczyną z Jaworzna, czyli Basią! (śmiech).Poza tym – „...talenty rodzą się na całej Ziemi, wystarczy je z sobą spotkać – zawsze będzie owocnie ...” . A na poważnie, poszedłem kiedyś na próbę chóru Life Choir w L.A., przygotowaliśmy wspólnie występ i po prostu zaprzyjaźniliśmy się. To było najważniejsze: polubienie się i szacunek dla talentu i pracy. „Life Choir” przyjęli mnie do swojej rodziny, nagrałem  „Silent Night''  na ich  płycie kolędowej , a  prowadzący chór , legendarny HB Burnum, napisał dla mnie piosenkę, którą później razem ćwiczyliśmy po prostu w sali prób, siedząc ramię w ramię, pomagając sobie, śmiejąc się , modląc razem. To  bardzo wzruszające doświadczenie. Zyskałem wiele becennej przestrzeni w głowie i duszy. Wendy i ja zostaliśmy pełnoprawnymi członkami czarnego chóru „ Life Choir” z Los Angeles ( duży uśmiech ).

 

Na płycie znajdują się podziękowania dla tych, którym przydają się Pana „muzyczne znaki”. Jeśli utwór jest znakiem, to co by powinien nieść ludziom?

 

Zdecydowałem się na tytuł „Signs”, ponieważ jestem typem człowieka poszukującego. Lubię traktować zdarzenia i ludzi jak znaki .  Próbuję te znaki uważnie czytać i szukać rozwoju. Piosenka może być dobrą inspiracją dla rzeczy ważniejszych . Jeśli kogoś ta świadoma praca zainspiruje – to będzie dla mnie szczęście, sukces , spełnienie.

 

Czy w najbliższym czasie będziemy mogli zobaczyć Pana w Krakowie?

 

Jeśli tylko Kraków mnie zaprosi! (śmiech). Wracam tu zawsze z dużym sentymentem. Mieszkałem  kilkanaście lat na Kazimierzu , przy placu Wolnica, w czasach, gdy planowano zmienić go na wzór artystycznych dzielnic Paryża. Pamiętam te plany… i tęskno mi do nich. Tu był mój pierwszy , prawdziwy dom, ale podzieliłem los wyrzuconych z kamienicy, przez machlojki kolejnych właścicieli, dlatego, z żalem, nie mieszkam już w  „moim” Krakowie... Pozdrawiam naprawdę serdecznie Krakowian , a szczególnie  moich sąsiadów z Kaźmirza, z Wolnicy ! Wasz Mietek.

powrót