wywiady i prasa

05.11.2011, Gazeta Kurier Szczeciński 2011

Robi pan jeszcze swoją słynną nalewkę o nazwie Mieciówka, o której opowiadał mi pan lata temu?

 Robię. (śmiech) Mieciówka jest smakowana również w Los Angeles. 

Rozpijał pan muzyków za oceanem?!

Spróbowali też Żubrówki, polskich miodów pitnych, no i Mieciówki.

Jest pan pracoholikiem?

Ostatnio podsumowywałem – praca jest rzeczywiście dla mnie bardzo ważna. A leniuchowanie - to czytanie albo oglądanie dobrych filmów, albo poważne prace w moim dużym ogrodzie. Ostatnio nie mam czasu na odpoczynek. Bo takie czteroletnie dziecko wymaga opieki i pracy przy nim. Myślę tu oczywiście o nowej płycie, którą właśnie wydaję i promuję .

Czy w pana przypadku można mówić o tremie przed premierą płyty? Po tylu latach bycia na scenie?

Jasne! Czuję się, jak bez skóry. Ale trema jest nieodłącznym elementem życia artysty. No, chyba, że ktoś planuje się zrutynizować. Ja rutyny nie lubię. Stąd tremę mam zawsze. Zależy mi żeby to , co robię było dobre i prawdziwe . I żeby miało pozytywne przesłanie. Nie pracuję dlatego, żeby tylko zarabiać pieniądze i robić karierę, po prostu lubię muzykę I lubię muzykować.

Nagrał pan swoją pierwszą płytę anglojęzyczną. Skąd taka decyzja? Chce pan podbić zachodni rynek muzyczny?

Spotkałem Wendy Waldman i postanowiliśmy napisać wspólnie kilka piosenek. Świetnie dogadywaliśmy się ja ludzie i jako artyści, więc ta współpraca dobrze nam szła. To chyba nawet przyjaźń na życie . W średnim wieku to nieczęsto się zdarza. Dwa lata lataliśmy do siebie - ona do Polski albo ja do Los Angeles. Wspólnie napisaliśmy około trzydziestu piosenek i dopiero wtedy zapadła decyzja, że zrobimy płytę. A ponieważ pieczołowicie staraliśmy o każdą nutę i każdy wyraz, dlatego postanowiliśmy, że pozostawimy cały materiał w pierwotnej wersji. Zwłaszcza, że amerykańska strona chce wydać ten album za granicami , a język angielski jest językiem rozumianym wszędzie. Cztery lata pracy nad płytą było dla mnie wyjątkową przygodą i to chyba najbardziej się liczy.

Podobno został pan członkiem afroamerykańskiego chóru Life Choir...

Tak, to prawda! To bardzo kochani ludzie. Najpierw polubili mnie jako śpiewaka, a potem jako człowieka. Z wzajemnością szczerą i głęboką. Zaśpiewałem nawet na ich płycie z kolędami. Jak się potem dowiedziałem, ich szef HB Burnum pracuje z Arethą Franklin i nawet napisał dla mnie piosenkę.

Kiedy człowiek pracuje z kimś takim, czuje się „taki malutki", prawda?

Na szczęście nie wiedziałem, jaką jest legendą, kiedy go poznałem. Zdążyliśmy się wcześniej zakolegować. I dobrze, bo byłoby mi trudno z nim rozmawiać. On właśnie powiedział mi coś, co sprawiło, że pewniej poczułem się w Stanach: „Mietek, mnie nie obchodzi ile ty masz lat, jak wyglądasz, jak mówisz i śpiewasz . Ty posługujesz się językiem, który jest rozpoznawalny na całym świecie - językiem duszy". W życiu nie usłyszałem piękniejszego komplementu. To mnie odważyło , żeby tę płytę zrobić.

Na płycie znajdzie się duet z Basią Trzetrzelewską, prawda?

Tak, nagraliśmy piosenkę, która była wielkim światowym hitem. Śpiewała ją Vanessa Williams - „Save The Best For Last”, a napisała między innymi Wendy Waldman. Postanowiliśmy ją nagrać w innej aranżacji i chyba nam to wdzięcznie wyszło. Od dawna chcieliśmy z Basią coś wspólnie nagrać. I wreszcie ładnie się złożyło : najpierw ja nagrałem “ Wondering '' na jej płycie , a później ona na mojej “ Save The Best For Last'' . Basia jest jedną z najniezwyklejszych osób, jakie w życiu spotkałem . Na moim “ Signs'' też inny duet - z Wendy. To była pierwsza wspólna piosenka, jaką napisaliśmy. Wendy pojawi się na koncercie w radiowej Trójce, 27 listopada. Chciałbym też, żeby przyjechał Life Choir i Basia, ale niestety nie mamy sponsorów...

Czego nauczył się pan w Stanach Zjednoczonych?

Ja traktuję spotkania z ludźmi jak znaki. Tak właśnie jest zatytułowany mój album - „Signs". Próbuję się z tych znaków jak najwięcej nauczyć, rozwijać. A te cztery lata pracy nad płytą były dla mnie niezwykłe. Po pierwsze dotknąłem prawdziwej kolebki muzyki czarnych i białych ludzi. Doświadczyłem kalifornijskiego luzu, który zawsze podszyty jest pracowitością I konkretem. Doświadczyłem jak bezcenna jest życzliwość w pracy I w życiu , jak wiele to ułatwia , jak dobrze motywuje . Poza tym, miałem okazję śpiewać z Life Choir w kościele , w klubie i na gali festiwalu polskich filmów w Los Angeles. To bezcenne doświadczenia, które uczą przechodzenia własnych granic , wrażliwości , otwartości . Zyskałem wiele przestrzeni w głowie i w duszy.

 Jeśli płyta osiągnie sukces w Stanach Zjednoczonych, przeniesie się pan tam?

Oooo, hola,hola . Po pierwsze – bądźmy realistami, po drugie – już nie chodzi mi o sukces, tylko o prawdziwe zadowolenie z tego , co robię. Muzycy prowadzą cygańskie życie. Jeżeli jesteśmy zapraszani, to jeździmy na koniec Polski albo świata. Jeżeli ta przeprowadzka byłaby czasowa, mógłbym to zrobić.

Czyta pan recenzje swoich płyt albo wpisy na forach internetowych?

 Nie bardzo, bo dla jednego będę dobry, a dla drugiego nie. Gdyby przejmować się opiniami innych, to nic w życiu by się nie zrobiło. Trzeba ufać sobie.

Trzymam kciuki za powodzenie pana płyty. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Monika GAPIŃSKA

powrót