wywiady i prasa

10.01.2012, Gazeta PAPERmint 2012

 

 

 

Mirosław Mikulski: Jak powstawał album „Signs”?

Mieczysław Szcześniak: Cztery lata temu spotkałem w Warszawie Wendy Waldman . Amerykańscy twórcy przyjechali do Polski, żeby popracować z naszymi artystami . Szło nam jak z płatka - napisaliśmy piosenkę już pierwszego dnia, drugiego – następną i postanowiliśmy to kontynuować . Przez kolejne dwa lata odwiedzaliśmy się co trzy, cztery miesiące. Albo Wendy przylatywała do Polski, albo ja - do Los Angeles. Kiedy mieliśmy już 30 piosenek postanowiliśmy, że nagramy płytę. Do naszego projektu zaprosiliśmy muzyków, których cenimy i po prostu lubimy. Ten krążek to wynik naszej wspólnej fascynacji pracą, która zaczęła się w Warszawie.

 

M.M.: Jak się pracowało w Los Angeles, gdzie nagrywaliście płytę?

M.Sz.: Fajnie. Nauczyłem się kalifornijskiego luzu, podszytego zawsze pracowitością i konkretem. Kiedy robota nie idzie, to nie zmuszamy się, czilautujemy, ale kiedy pracujemy - to na pełnym gazie. I robimy to z entuzjazmem , bez narzekania na trudności. To pierwsza rzecz, która spodobała mi się za oceanem. Miałem to niezwykłe szczęście, że nie byłem osobą, który przyjeżdża tam z walizką pieniędzy i wynajmuje muzyków jakich chce. Najpierw zostałem zaakceptowany jako człowiek. Wendy przedstawiła mi swoją rodzinę muzyczną, a ja jej swoją w Polsce. Poznaliśmy się jako ludzie, którzy mają wspólne pasje i polubiliśmy się szczerze. Na naszej płycie słychać tę przyjazną przestrzeń i to, że wszyscy, którzy biorą w niej udział są naprawdę zaangażowani w projekt.

 

M.M.: Na płycie można też posłuchać głosu Basi Trzetrzelewskiej. Z jakiego klucza zapraszał pan ludzi do współpracy?

M.Sz.: Z przyjacielskiego! Z Basią mieliśmy już coś razem nagrywać na mojej poprzedniej płycie w roku 2000. Ale wtedy się nie udało. Teraz Basia zaprosiła mnie do nagrania piosenki na swoim krążku, który wydała ostatnio, a ja zaprosiłem ją do zaśpiewania jednego z najbardziej znanych hitów Wendy Waldman, którą kiedyś rozsławiła Vanessa Williams pt :„Save the Best for Last”. Zaaranżowaliśmy ten utwór na nowo i zaśpiewaliśmy w duecie.

 

M.M.: Dla kogo nagraliście tę płytę?

 

M.Sz.: Podczas pracy nie zastanawialiśmy się nad konkretnym odbiorcą. To niezwykły owoc naszej wspólnej pracy z Wendy, naszego entuzjazmu, fascynacji muzyką i pasji odkrywania nieznanych jeszcze terenów. Wprowadziłem ją w rejony, których ona nie dotykała jako artystka folkowa, natomiast ja miałem okazję zafascynować się folkiem amerykańskim.

 

M.M.: Co was inspirowało?

M.Sz.: Generalnie amerykański folk i to brzmienie gitar, które jest niepowtarzalne. Od razu wiadomo, że jest amerykańskie. Postanowiliśmy przygotować płytę w taki sposób, żeby nie można było powiedzieć w jakich czasach była nagrywana - w latach 70., 80., 90. czy współcześnie. Chcieliśmy, żeby to było coś klasycyzującego, co - przede wszystkim - zapadnie w serca. Dbaliśmy o każdy dźwięk i każde słowo. Dużo pracowaliśmy nad tym, żeby wszystko było opowiedziane prostym językiem, żeby było prawdziwe , dlatego zostawiliśmy tę pierwotną formę – po angielsku. Kiedy śpiewam próbuję połączyć ze sobą trzy sztuki: muzykę, słowo i ich interpretację. Tym razem starałem się w obcym języku, dużo nad tym pracowałem. Bardzo się cieszę z tej płyty - to dla mnie całkiem nowe doświadczenie. Jestem ciekawy jak zostanie u nas odebrana. To dla mnie przygoda życia. Każdemu tego życzę .

 

M.M.: Mówiliśmy o inspiracjach muzycznych, ale ja chciałem jeszcze zapytać pana o inspiracje literackie. Dużo pan czyta?

 

M.Sz.: W mojej kaliskiej podstawówce przeczytałem w całości zasoby biblioteki, które były związane z bajkami, baśniami, klechdami i podaniami ludowymi. Szybko musiałem zapisać się do biblioteki publicznej. Zawsze uwielbiałem takie historie, a szczególnie gdy były opowiedziane oryginalnym językiem, tak jak to robił Leśmian czy Miron Białoszewski. Ostatnio z przyjemnością i wielką radością czytam listy Dwóch Niezwykłych – Lema i Mrożka. Równolegle z Mertonem i codzienną porcją biblijną. Fascynuje mnie język i podziwiam mistrzów języka polskiego. Sam chętnie bawię się słowem, choć w tekstach piosenek silnie synkopowanych – po polsku nie jest to łatwe. Nasz język ma swoją specyfikę, inny rytm . Łatwiej to opowiedzieć w innych językach, np. po angielsku. Ale próbuję i próbować będę.

 

M.M.: Rozumiem, że angielski jest lepszym językiem dla muzyków…?

M.Sz.: Synkopa jest w nim łatwiejsza i łatwiej, okrąglej się śpiewa. Angielski jest bardziej śpiewny niż polski . To są rzeczy techniczne, ale tak rzeczywiście jest. Czy płyta wyjdzie poza Polską ? Amerykanie są przyzwyczajeni do tego, że cokolwiek zrobią, ślą to na eksport. Mają takie zamiary. Ja się nie napinam, ale jestem otwarty. Po angielsku można być rozumianym wszędzie, szczególnie w dobie internetu.

 

M.M.: Ciągle czyta pan baśnie?

M.Sz.: Tak, wciąż do nich wracam. Pamiętam, że kiedy byłem w drugiej klasie podstawówki dostałem tysiąc stronicowe wydanie „Baśni” Andersena. Przeczytałem je wszystkie i… nie mogłem potem spać po nocach. Tyle tam było różnych straszliwych opowieści. Straszliwych i dozwolonych chyba od lat 18. Nie polecam ich dzieciom. Moim siostrzeńcom czytałem bajki, ale nie tak przerażające.

 

M.M.: Czym pan jeszcze się fascynował w czasach szkolnych?

M.Sz.: Brałem udział w olimpiadach polonistycznych. Pisałem też recenzje z „Tomków…” Alfreda Szklarskiego. No i śpiewałem , przez całe lata i wszędzie. I dużo czytałem . Lubiłem i nadal lubię literaturę, która ma w sobie baśniowość, jaką tworzy na przykład Izaak Beshevis Singer. Tam jest wszystko, co mi się podoba. To żywa, tętniąca i żarzącą się wielka metafora, tygiel wyobraźni, emocji, rozmachu i mistycyzmu. Od takich ludzi jak Singer lubię się uczyć, chętnie goszczę w jego świecie. Kiedyś ktoś go zapytał co zrobić, żeby napisać dobrą książkę, która będzie na dodatek poczytna. Odpowiedział, że przede wszystkim nie należy się wymądrzać, bo ten kto ją czyta, może być od nas mądrzejszy. A po drugie trzeba opowiedzieć coś, czego jeszcze nikt nie słyszał, czyli własną historię.

 

M.M.: A co czytał pan w samolocie do Los Angeles?

 

W samolocie wolę oglądać filmy. Jest to właściwie przedłużenie literatury – jeśli dobry film , ma się rozumieć.

 

 

 

 

 

 

 

powrót