wywiady i prasa

20.10.2011, Gazeta Świat Elit 2011

Katarzyna Zielińska, Świat Elit

 

Amerykańska przygoda

 

Piosenki opowiedziane językiem rozumianym wszędzie- językiem duszy, czyli Mietek Szcześniak w aranżacji folku amerykańskiego.

 

Długo był Pan nieobecny w mediach, minęło 5 lat od wydania ostatniej płyty. Nie wypadł Pan z obiegu?

 

-Ja nigdy nie wypadam z obiegu, ponieważ z obiegu nigdy nie wychodzę, dużo pracuję. To, że media mnie nie pokazują - to rodzaj problemu , w skrócie mówiąc. W ogóle dziś zmieniła się specyfika mediów, opiera się niestety na, jak one się nazywają, tabloidach.

 

Nie jest pan celebrytą jest Pan artystą. Jak udaje się zachować godność artysty. Nie idzie Pan z nurtem, tylko tworzy to co naprawdę czuje?

 

-To jest kwestia wyborów, jak ze wszystkim w życiu. Być albo mieć – oto jest pokusa!

 

Wielu artystów na polskim rynku muzycznym próbowało zachować siebie i swoją tożsamość, nielicznym się to udało, populizm wkraczał w ich twórczość.

 

-To jest jak z wyborem człowieka , z którym się idzie przez życie. Albo się wybiera najpiękniejszą ozdobę, albo kobietę którą się kocha.

 

Czasami to idzie w parze.

 

- Myślę sobie , że wystarczy być szczerym wobec samego siebie. Trzeba jeszcze być odpornym na pokusy, których wszędzie pełno.

 

A jakie są Pana pokusy?

 

-Pokusy były różne. Kiedyś miałem propozycje z rejonu Modern Talking, żeby przestać mówić co mówię, myśleć co myślę , zdizajnować się i śpiewać disco, albo inne , co dobrze „idzie ''...

 

Nie wyobrażam sobie Pana w takim wizerunku.

 

- 20 lat temu byłoby to możliwe na luzie. Ale nigdy tego nie chciałem.

 

Grono Pana fanów, ceni Pana za tą autentyczność. Nie poddał się Pan, czy to jest jakiś wyznacznik sukcesu?

 

-To w ogóle nie jest poddawanie się, to jest wybór. Gdyby to miało zależeć od poddawania się, to sugerowałoby to, że to jest ciężka walka, że człowiek się zmaga. Ja się nie zmagam. Robię to bardzo świadomie, jestem zadowolony ze swojej stopy życiowej. Ona nie musi być większa, nie muszę kupować ciągle nowych samochodów ani budować kolejnych domów.

 

To są te pokusy?

 

- Pokusy : splendor, ambicje, przywileje, władza, pieniądze, wyobrażenie, że jest się wyżej niż inni.

 

Jest Pan znany.

 

- I to jest dobra znaność. Możemy sobie siedzieć w kawiarni i rozmawiać bez problemów.

 

W listopadzie premiera nowej płyty- anglojęzycznej. Skąd pomysł, jak to się zaczęło?

 

- Nie zamierzałem nagrywać po angielsku, to z powodu spotkania z Wendy Waldman. Pierwszego dnia zrobiliśmy całą piosenkę, drugiego dnia następną. Szło nam jak z płatka, więc postanowiliśmy napisać jeszcze kilka piosenek. Stało się tak, że zrobiliśmy ich około 30. wtedy postanowiliśmy nagrać płytę.

 

Jakim kluczem kierowaliście się w doborze repertuaru na płytę?

 

-Trudno było. Jednym z kluczy są teksty. Długo nad nimi siedzieliśmy. Chcieliśmy, żeby każda z piosenek miała swoje życie, swoją opowieść , przy tym możliwie najprostszym językiem . Poza tym to mój drobny tribut dla amerykańskiej kultury muzycznej, stąd zamierzona różnorodność w kompozycjach, aranżacjach, produkcji. Bardzo dobrze się z Wendy rozumiemy muzycznie, życiowo , to jest taka przyjaźń na życie.

 

Przyjaźń?

 

- Tak, prawdziwa przyjaźń, która nie zdarza się często w życiu, szczególnie w średnim wieku. Chociaż dzieli nas ocean i kultura to mamy po 4 latach owoc tego spotkania , który nazywa się „ Signs” czyli Znaki . A angielski jest językiem współczesnego świata, tej globalnej wioski, więc strona amerykańska, bo jest to projekt polsko-amerykański, ma w planach wydanie tego poza granicami naszego kraju. A z wydawcą polskim podpisaliśmy umowę na 2 płyty.

 

Skąd inspiracja folkiem amerykańskim?

 

- Dzięki Wendy. Lubię do popu dodawać inspiracje innymi stylami. Słychać to na moich poprzednich płytach : trochę jazzu, r&b, bossanovy. Kiedy poznałem Wendy, spotkałem świat którego nie znałem - amerykański folk – nowa przygoda.

 

W Polsce nie jest on znany.

 

- Nie jest po prostu popularny. Są środowiska, które go dobrze znają. Szczególnie, że królem tego folku jest Bob Dylan, a królową Joni Mitchell , co znacznie poszerza spectrum odbieralności.

 

Co najbardziej inspiruje Pana w ich twórczości?

 

- Najpierw osobowość, później teksty i muzyka. W takiej kolejności.

 

Można powiedzieć, ze Pan się na nich wzorował? Czy wzory są tutaj niepotrzebne?

 

- Raczej chodzi o inspirowanie się. Wendy jest z tego świata. Przedstawiła mi swoja rodzinę muzyczną- świetnych i charakterystycznych gitarzystów, bębniarzy . To jest dla muzyka fajna przygoda - obcowanie z wyraźnym gatunkiem i muzykami, którzy grają organicznie, brudno, zamaszyście, charakterystycznie .

 

Oldschoolowo?

 

-Takie jest zamierzenie - ta płyta mogłaby być nagrana w latach 70, 80 90 albo współcześnie.

 

Ponadczasowa?

 

- Mam nadzieję. Są piosenki- opowieści, ma być różnorodnie, organicznie i oldskulowo.

 

Data premiery to 11 .11.2011 – same jedynki, w Polsce święto narodowe. To był Pana pomysł?

 

- Dobrze się złożyło. Tak to mój pomysł. Album nazywa się „SIGNS”, „Znaki”. Piosenka tytułowa jest też bardzo szczególna. Kończy się słowami, że nawet gdybym zamknął oczy i chciał zapomnieć o rzeczach, o których nigdy nie chciałbym wiedzieć , jednak - wiem. Te czasy są piękne ale dość straszne dla wielu ludzi na Ziemi.

 

Dlaczego akurat ta piosenka jest tą tytułową?

 

-„SIGnS” jest wyjątkową piosenką. Oto ja – człowiek, który siedzi na wschodzie Europy, pomiędzy światem zachodu i wschodu. Mam możliwość wglądu w ten wschodni i zachodni świat, rozumiejąc go jak mało kto. Co widać w mojej urodzie, sposobie śpiewania, nawet w stroju. Przejmuję się światem i człowiekiem, widzę znaki i daję znaki, że wszystko dokądś zmierza.

 

Otóż to, dlatego gdzie ta Ameryka?

 

- Ameryka jest w dalszej części płyty. Jest taka Ameryka, że aż się Pani zdziwi. Myśmy te piosenki wszystkie napisali sami, ale staraliśmy się niektóre z nich tworzyć w formach charakterystycznych dla gatunku .

 

Jakie są Stany Zjednoczone według Mietka Szcześniaka?

 

- To największy eksperyment kulturowy świata. Miałem szczęście spotkać dobrych , mądrych, zdystansowanych, utalentowanych ludzi. Oglądanie Ameryki ich oczami - to zupełnie nowe jej odkrywanie, po pierwsze. Po drugie – potwierdziło się , że im kto większy tym bardziej skromny, normalny. Los Angeles to taki sam los człowieczy jak wszędzie indziej. Polubiłem tę Amerykę, ten przyspieszony kurs życia , jego trudów i radości.

 

Najważniejsza lekcja przy współpracy z amerykańskimi muzykami?

 

-Dostałem przede wszystkim wielką lekcje akceptacji mojej osobowości i talentu.

H. B. Barnum, który dyryguje czterdziestoosobowym Life Choir , stał się bardzo bliskim mi człowiekiem. Kiedyś spytałem go: „ H. B. powiedz mi, bo mam wiele wątpliwości, nagrywam po angielsku, nigdy tego nie robiłem, po co?” i on mi odpowiedział, zacytuję: „Mietek uważam, że masz osobowość, którą powinien poznać świat. Dobrze, że śpiewasz po angielsku , bo opowiadasz o ważnych rzeczach, inaczej by cię nie zrozumieli. Nie obchodzi mnie ile masz lat, jak wyglądasz, jaki jest Twój akcent, obchodzi mnie to, że opowiadasz językiem, który jest zrozumiały dla każdego na świecie - językiem duszy”.

 

Piękne słowa.

 

-Powiem Pani, że każdy człowiek który się stara przez wiele lat być wiernym sobie, powinien takie słowa usłyszeć. Żałuję, że nie usłyszałem ich w Polsce.

 

Schlebiło to Panu?

 

- Szkoda czasu na próżność . Dało mi to motywację do zrobienia tej płyty. I przekonanie, że jestem na dobrej drodze.

 

Muzyka na płycie delikatna, ekscentryczna, inna. Nie boi się Pan jak ona zostanie przyjęta przez polską publiczność?

 

- Chciałem bardzo , żeby płyta ukazała się w moim kraju, chciałem żeby moi fani wiedzieli co robię i dlaczego. Zadbałem o książeczkę z polskim tłumaczeniem, dołączoną do płyty, jest ukłon w kierunku polskiej publiczności piosenka „Rzeczy zmieniają się”, nagrywana zresztą przez chłopaków z Alabamy, duet z Basią Trzetrzelewską . Chcę , żeby polska publiczność to usłyszała . To jest dzielenie się moim życiem. Nie wybebeszanie prywatności, tylko radość tworzenia, przygoda życia i podzielenie się tym.

 

Jest ona adresowana do wiernych fanów, czy do nowej publiczności?

- Nie wiem. Nie mam założenia walki o publiczność. Nadziejuję, że publikatory opublikują, a ludzie będą mieli szansę wybrać , czy tego chcą czy nie.

 

Jest stres?

 

-Ten główny stres mam już za sobą. 4 lata to kawał życia. Poświęceń, dużej pracy,wydatków, latania przez ocean, zmagań . Zaczynam rozumieć , co to los emigranta. Przebywanie i praca wśród obcych ludzi , w innej kulturze , języku jest trudna. Choć rozwijająca i świetnie przewietrza głowę. Otwiera na wiele spraw w życiu. Teraz może być tylko lepiej.

 

Słuchają Pana można tylko pozazdrościć takiej przygody.

 

- Tak to jest przygoda życia. Od początku postanowiliśmy z Wendy działać i dokończyć płytę za własne pieniądze, żeby nikt nie sugerował , żebyśmy poszli sobie tam, gdzie naprawdę chcemy. Niezależnie od czasu, miejsca i akcji.

 

Ma Pan jakieś oczekiwania związane z premierą płyty?

 

- Mam tylko jedno oczekiwanie, żeby to zapadło w głowę i serca ludziom.

 

Najbliższe plany?

 

- Wakacje. A później – spotkanie z publicznością na koncertach.

 

powrót