wywiady i prasa

17.12.2011, Magazyn Miasto Kobiet Kraków 2011

Dorastał Pan w latach 80., kiedy królowa angielska muzyka popowa i rockowa. Jak to się stało, że zainteresował się Pan jednak amerykańskimi brzmieniami – gospel, soulem czy funkiem?

 

Wiadomo, że z gustem się nie dyskutuje. Zawsze chodziłem za swoim instynktem, smakiem muzycznym, fascynacjami. Kiedy pierwszy raz( a miałem wtedy kilkanaście lat) usłyszałem w radio płytę Arethy Franklin z chórem, dwupłytowy album na żywo, wiedziałem, że już nigdy nie będę taki sam, że jestem wypełniony emocjami , których nie znałem, że mam ten stan uniesienia, kiedy coś naprawdę zachwyca i chce się w tym trwać. Później szukałem już tylko tego, nie interesowałem się muzyką pokolenia, modami, tym co imponuje i włącza cię w nurt rówieśniczy – nie dbałem o to z arogancją zakochanego ;)). Jestem przecież z pokolenia Kazika i Tlove, ale słuchałem i marzyłem o innej muzyce. To nie było popularne.

 

Czy duże znaczenie miał dla Pana fakt, że w amerykańskiej muzyce, szczególnie właśnie w tej „czarnej”, ważnym elementem była duchowość, wiara w Boga?

 

W czarnej muzyce luuubię : ekspresję, wielkie, pięknie brzmiące głosy, improwizowanie rytmiczne i melodyczne, harmonie, groove i feeling. Kocham to, że ludzie wyśpiewują całą duszę, dają się ponieść emocjom bez limitów i nakręcają się nawzajem, dają i biorą maksymalnie. W czarnych kościołach po prostu odlatuję. Nikt tam nie zważa na to,żeby się podobać sąsiadowi albo się przed nim wstydzić emocji. Ta muzyka żyje tak, jak żyją ci ludzie. Dusza i ciało , wiara i cielesność są przeżywane naprawdę, bez kompleksów i stert konwenansów. Podoba mi się ten rodzaj wolności w ciele i w duszy, kocham to.

 

W swojej karierze balansuje Pan między muzyką o chrześcijańskim przesłaniu a bardziej mainstreamową piosenką. Jakie są tego dobre i złe strony takiej sytuacji?

 

Chyba jestem rodzajem pioniera, więc na razie – zewsząd cięgi tzn. z obu stron. Nikt nie jest zadowolony, że próbuję rzeczy łączyć, każdy chciałby wyraźnych określeń. A ja, że zacytuję piosnkę z ostatniej płyty  „...nie jestem aniołem, nie jestem diabłem – jestem po prostu człowiekiem...”. Szukam, opowiadam, próbuję, staram się. Dobre strony – to słodka pewność, że jestem odważny i idę swoją drogą, nie dając sobą manipulować. Złe – że ląduję w szufladzie z oszołomami i sekują mnie media. Rzeczy , które wydają mi się naturalne, śpiewanie o ciele i duszy- o całym człowieku, są nienaturalne dla ludzi, którzy mają jakieś swoje skojarzenia, może złe doświadczenia, ale nadal nie rozumiem, dlaczego ja mam za to płacić ? Nie jestem przedstawicielem jakiegoś kościoła, ani antykościoła – jestem zwykły artysta muzyk, który opowiada swoje życie.

 

Motorem napędowym powstania Pana nowej płyty była amerykańska kompozytorka Wendy Waldman. Jak doszło do tej współpracy?

 

Wendy Waldman przyleciala do Polski cztery lata wstecz, w ramach akcji „Poland – why not?”. Kilkoro amerykańskich znanych twórców piosenek miało wypracować nowe pieśni z Polakami.Nam poszlo , jak z płatka – pierwszego dnia mieliśmy już kompozycję z tekstem, a drugiego – następną. To niecodzienne spotkać kogoś tak podobnie myślącego, patrzącego w tę samą stronę. Poza tym fascnęły nas nasze światy, wiele się od siebie uczyliśmy. Przez kolejne dwa lata lataliśmy między Ameryką i Polską i pracowaliśmy nad kolejnym pieśniami. Kiedy było ich trzydzieści – postanowiliśmy nagrywac płytę.  

 

Podobno już podczas pierwszego spotkania napisaliście wspólną piosenkę – „Never Be The Same”. Jak to możliwe? Na czym polegała ta przysłowiowa „chemia” między Wami?

Jak powstawały pozostałe piosenki na płytę? Gdzie się spotykaliście? Jaka panowała atmosfera wspólnej pracy? Na czym polega rola pozostałych współpracowników?

Nagrywaliście w Polsce i w USA. Z czego to wynikało? Jakie są różnice w pracy w studiu - tutaj i tam?

 

Nagrywali i współprodukowali tę płytkę różni ludzie, dlatego różne miejsca . Wiele rzeczy powstawało spontanicznie, w zależności więc gdzie napotkał nas pomysł - tam nagrywaliśmy. Czasem inspirowaLy nas instrumenty, czasem ludzie a i okoliczności przyrody. Kilka piosenek powstało w moim letnisku w podkaliskiej wsi, niektóre w Nashville, w Los Angeles, w Bielsku Białej, czy pod Warszawą. Wendy i nasz realizator dźwięku Rob Hoffman, mają studia domowe, więc było domowo, swojsko, z kalifornijskim luzem , zawsze podszytym pracowitością i konkretem. A studio masteringowe – to był poważny wypas, no taki światowy trochę. Wszędzie przyjaźni, pracowici i fachowi ludzie. Tam to jakieś takie normalne, że aż tego nie czuć. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę. Wdzięcznym.

 

Jak współpracowało się Panu z amerykańskimi muzykami? Łatwo znaleźliście porozumienie? Jak Pana traktowano?

 

Najtrudniej przebić się przez  język , szczególnie potoczny, slang. Ale już dawno nie spotkało mnie tyle dobra od ludzi, szczerego, bezinteresownego dobra, rady , wsparcia, zachęty. HB Burnum, prowadzący chór „LIFE CHOIR”, legenda , pracujący z wieloma gwiazdami, od wielu lat z Arethą Franklin, mój mentor powiedział na moje wątpliwości tak : „...Mietek, nie obchodzi mnie ile masz lat, jak wyglądasz, jaki masz głos czy akcent. Kiedy śpiewasz, dotykasz mojego serca, mówisz językiem , który zrozumie każdy – językiem duszy...”. Nikt i nigdy nie powiedzial mi tak, nie zachęcił tak prosto i skutecznie. Nieczęste są przyjaźnie w średnim wieku, a mnie się zdarzyło. Polubili mój talent, moją osobowość, mnie, jaki jestem. Bezcenne. Nagrywali dla mnie za darmo, wierzą w ten projekt.

 

W muzyce na płycie słychać nie tylko wpływy bliskiego Panu soulu i gospel, ale też folku czy country. Jak Pan odnalazł się w tych „korzennych” dla USA klimatach?

 

Dla muzyka to przygoda inspirować się wyraźnymi stylami, orginalnym instrumentarium i muzykami z innego obszaru kulturowego. Nie dotykałem jeszcze amerykańskiego folku, jestem nim naprawdę zainspirowany, odkrywam  wspaniałych twórców i ich świetną pracę. No i to przywilej pracować z dobrymi białymi i czarnymi muzykami amerykańskimi, to spełnienie jednego z moich marzeń. Wdzięcznym.

 

Mimo tego amerykańskiego charakteru muzyki, w piosenkach nie zabrakło słowiańskiej melodyki w Pana głosie. Świadomie zadbał Pan o ten element, czy to już rzecz naturalna?

 

Odpowiem tak : naturalnie zadbałem ;)). Dla amerykanów jestem śpiewakiem emocjonalnym, romantycznym. Moje dłuższe, słowiańskie frazy i pewna nadwiślańska melancholia są dla nich ważne. I mentalność, sposób interpretacji, moje szukanie odcieni w znaczeniach, barwach głosów i instrumentów, jest dla nich inspirujące.

 

Skąd pomysł na zaproszenie Basi do zaśpiewania „Save The Best For Last”?

 

Planowaliśmy zrobić coś razem od dawna, teraz złożyło nam się dubeltowo : na płycie Basi nagraliśmy „Wandering” , a na mojej – ten światowy hit Wendy - „ Save The Best For Last”. Basia jest wróżką, która przyleciala zakazić nas swoją pozytywką. Jest niezwykłą artystką i dobrym człowiekiem, a to nieczęste .

 

Wszystkie piosenki oprócz jednej są po angielsku. Czy to znaczy, że płyta ukaże się również na amerykańskim rynku? Jakie są szanse na sukces takiego wydawnictwa w USA?

 

Pisaliśmy je po angielsku, tak powstały. Dbaliśmy o każdą nutkę , słowo i ich interpretację. Uważnie układaliśmy opowieści. Każdy język ma swoją specyfikę, przekład zmuszałby do uproszczeń, dletego postanowiliśmy ten materiał zostawić w pierwotnej formie. Amerykanie są przyzwyczajeni do eksportu, więc są plany na wydania zagraniczne, ale o tym – jak będą konkrety. Ja się nie napinam. Nagrałem niezłą płytę, przewietrzyłem głowę i duszę, przeżywam przygodę życia – to niemało, jestem wdzięczny i cieszy mnie to, co jest.

 

W tekstach nowych piosenek nie brakuje również duchowości – i wiary w Boga. Czy to znaczy, że Wendy Wellman jest też chrześcijanką i odnaleźliście Państwo porozumienie także na tej płaszczyźnie?

„Up-Down” opisuje upadki i powstania na naszej drodze życiowej. Pozornie wydaje się, że wiara pomaga w takich sytuacjach. A czy nie jest tak, że chrześcijanin bardziej przeżywa swoje błędy i słabości?

 

Co człowiek – to nowa opowieść. Nie ma dwóch takich samych żyć, nie umiem odpowiedzieć na takie pytanie, musiałbym mądrować. A piosenka „UPDOWN” jest jednak pogodnym odkryciem, że czasem jest dobrze, a czasem źle – że tak już jest. Widzę w tym spokojną nadzieję, jakiś realistyczny balans.

 

W tekście „Signs” pojawia się mroczna, niemal apokaliptyczna wizja. Czy przydarzyła się Panu naprawdę? Sądzi Pan, że żyjemy w czasach ostatecznych?

 

Nie mogę udawać , że nie widzę kryzysów ekonomicznego, wartości, tożsamości, rodziny, ognia w Kaliforni, wulkanu w Islandii, tsunami w Japonii. Świat nie jest dziś najlepszym ze światów. Poza tym - to również metafora. Mietafora. Nie wiem , czy to czasy ostateczne, nikt tego nie wie. Na szczęście.

 

Czy miał Pan okazję już śpiewać piosenki z „Signs” na żywo? Czy będzie okazja wykonać je z polskimi i amerykańskimi muzykami? W Polsce lub w Stanach?

 

Tak, grałem je w polsko-amerykańskim składzie w Chicago i Los Angeles i dwa koncerty w Warszawie. Dobrze się grało, fajna energia i dużo twórczej radochy. Publiczność też dopisała i nadspodziewanie dobrze to przyjęła. Byłem zadowolony, jak mało kiedy, serio.

 

 

 

powrót