wywiady i prasa

13.07.2006, NIE ŚPIEWAM DLA KASY

Niebawem dodamy nowe wywiady!

Dziennik, 13 lipca 2006
Rozmawiał Hubert Musiał
 

Byłeś Mietkiem, potem Mieczysławem, teraz jesteś Mieczem Szcześniakiem. Zmieniłeś imię?

 

Tak naprawdę to tylko użycie właściwego zdrobnienia. Z biegiem czasu mężczyzna próbuje być bliżej siebie. Najbliżsi zawsze mówili na mnie "Mieczu" i było to naturalne zdrobnienie od imienia Mieczysław. W dzieciństwie nie było łatwo - rówieśnicy śmiali się ze mnie, bo co to za Mieczysław, skoro nauczycielka z kujawska zdrabniała go do Miecinka, a później - zawsze trąciło mychą, szlag mógł trafić. Swoje więc przecierpiałem, aż podczas warsztatów muzycznych w Danii odkryłem, że Mieczysław jest jak indiański Silny Bizon, albo Rączy Jeleń, ze "sława od miecza" brzmi superdumnie. Dopiero wtedy odkryłem swoje imię. Zgodnie z tradycją rodzinną dostałem je po dziadku. Dostałem je też dlatego, że kiedy się urodziłem ważyłem pięć kilo i byłem jednocześnie Silnym Bizonem i Rączym Jeleniem (śmiech). A tak poważniej - chciałem się tak podpisać już w 1997 roku, kiedy dogadywałem umowę z EMI na trzy płyty i pięć lat. Wydawnictwo miało inny pomysł a ja na to przystałem. Teraz miałem wreszcie sposobność, by naprawić błąd młodości (śmiech).

 

Mówisz, że nie chodzi ci o pieniądze i karierę, tymczasem byłeś jedyną osobą, która w Opolu podczas koncertu "SuperJedynek" wykonała akcję promocyjną, zapowiadając premierę swojej nowej płyty.

 

Nie widzę w tym nic złego. Nigdy tego nie robiłem, bo nie miałem okazji (śmiech). Mam kiepskie doświadczenia promocyjne, np. mało ludzi wie, że nagrałem kolędy, albo że trzy lata temu wyszły dwie moje płyty: "Złota kolekcja" i reedycja debiutanckiego slbumu "Niby nowy". Nie rozpieszczają mnie media ani wydawcy, nie mam przez to kontaktu z publicznością, a chciałbym, jak każdy, żeby to publiczność decydowała, czy mnie chce, czy nie. Ale skoro nie mam mnie w środkach masowego przekazu, to ani ja nie mogę dotrzeć do moich słuchaczy, ani oni do mnie.

 

Z czego wynika ta medialna zmowa milczenia?

 

Sam się nad tym zastanawiam. Nie mając innej możliwości pokazania tego, co robię, regularnie co rok składam piosenkę na festiwal w Opolu i w Sopocie. I prawie regularnie moje piosenki nie są przyjmowane. Moich piosenek nie usłyszysz w radiu i nie zobaczysz mnie w telewizji, a jeśeli już to tylko w programach religijnych, bo tylko takie zaproszenia otrzymywałem. Jako małe dziecko w chórze, jako nastolatek w zespole. Nie wystarczy mi jednak bycie piosenkarzem chrześcijańskim, tak jak nie wystarcza mi bycie piosenkarzem świeckim. Ja chcę być piosenkarzem kompletnym.

 

Czy zatrudnienie przy "Zwykłym cudzie", twojej najnowszej płycie, młodych, popularnych artystów było sposobem na wkomponowanie się w rzeczywistość?

 

Elementem tego planu jest zawsze muzyka. Duety są dla mnie zawsze inspirujące, ale musi to być inspiracja obustronna. Wybieram ludzi do konkretnych piosenek. Na mojej poprzedniej płycie "Spoza nas" nie zaprosiłem Kayah do żywiołowej piosenki, która powaliłaby na kolana listy przebojów, ale do napisanej na bazie "Pieśni nad Pieśniami" ballady "Nie płoszcie miłości". Do "Zwykłego cudu" zaprosiłem Annę Marię Jopek, z którą od paru lat chcieliśmy coś razem nagrać i Paulinę Przybysz z Sistars, żywiołową diwę polskiego r n b.

 

A Mezo? Dlaczego go wybrałeś? To raper, który w środowiaku hiphopowym nie ma zbyt dobrych notowań.

 

Wiem o tym, ale nie kieruję się w życiu notowaniami. Gdybym to robił byłbym szczupłym brunetem, który nagrywa dance i króluje w dyskotekach. A ponieważ mam swoje zdanie, to odebrałem jego utwór "Ważne" jako rzecz mądrą i szczerą.

 

Podobno miałeś szansę zrobić europejską - a może i światową - karierę w zespole Modern Talking.

 

Ta oferta była konsekwencją mojego występu w Sopocie w 1989r. Nie tylko wyśpiewałem wtedy Bursztynowego Słowika, ale podobno też zawojowałem jury. W efekcie zaproszono mnie na kilka festiwali zagranicznych, z których trzy wygrałem, dostałem też propozycję nagrania programu dla telewizji austriackiej, nagrania anglojęzycznej płyty w Austrii i Turcji oraz ofertę współpracy od tego blondyna (Dietera Bohlena - przyp. red.), który ktręcił wszystkim w Modern Talking i wylansował też inne gwiazdki. Z tych propozycji nic nie wyszło, bo nie było wtedy powszechnie faksów (śmiech). Utknęły wówczas w jakimś biurze i dowiedziałem się o nich dopiero rok później. Moje sprawy prowadził człowiek, który nie próbował ukrywać, że nie był tym zainteresowany, bo na czymś innym zarabiał więcej. A ofercie blondyna powiedziałem "nie".

 

Bo?

 

...bo nie. Dobra muza jest zawsze najważniejsza.

 

Dziś często zdarza ci się mówić "nie, bo nie"?

 

Nooooo (śmiech).

powrót