wywiady i prasa

15.10.2011, Panorama Świdnika 2011

Przy okazji koncertu Mietka Szcześniaka w Świdniku, mieliśmy okazję porozmawiać z artystą na temat jego nowej płyty. Album „Signs” powstawał przez ostatnie 4 lata, nagrywany był w Los Angeles oraz w Polsce z wieloma wybitnymi muzykami. Jego produkcją zajęła się Wendy Waldman. Premiera krążka w Polsce będzie miała miejsce 11 listopada.

 

anndan: Nowy album „Signs” jest Pana siódmą solową płytą, według zapowiedzi ma to być zupełnie nowa odsłona Pana twórczości, przygotowania nad nią trwały prawie cztery lata. Ten dość długi czas pracy wynikał z jakiś trudności pojawiających się przy nagraniach czy może raczej z chęci dopracowania jej w każdym calu?

 

Mietek Szcześniak: Po pierwsze, dość daleko trzeba było dojeżdżać do pracy, bo aż do Los Angeles. To był podstawowy problem. Poza tym producentką płyty i współautorką wszystkich piosenek jest Wendy Waldman, każde z nas ma swoją pracę, więc mogliśmy spotykać się w międzyczasie – co 3-4 miesiące. Widywaliśmy się w Polsce lub w Los Angeles i tworzyliśmy piosenki. Gdy było  ich ze trzydzieści, postanowiliśmy je przesiać i powstał materiał na płytę. Wtedy zaczęło się nagrywanie, produkcja i aranżowanie. Działo się to głównie w Stanach , zagrało   kilku amerykańskich gitarzystów i bębniarzy, a także zaśpiewał czarny chór  „Live Choir” z Los Angeles. Ja oczywiście „dolatywałem” nagrywać głosy.

Chcieliśmy, żeby to było coś co najpierw będzie się podobać nam. Bo niezwykłym szczęściem jest spotkać osobę, która patrzy w tą samą stronę –  artystycznie i życiowo. Wyjątkowe to zajście , kiedy piosenki sypią się same, jak z rękawa, a tak właśnie nam się przydarzyło.

 

a.: Pana fascynacja muzyką amerykańską nigdy nie była jakąś tajemnicą. Czy to zrealizowanie marzenia współpracy z tamtejszymi muzykami spełniło Pana oczekiwania?

 

M.Sz.: Tak, oczywiście. Gdy byłem młodym chłopakiem słuchałem na Walkmanie, głównie czarnej muzyki amerykańskiej, to  moja największa fascynacja. Jednak - po pierwsze: spotkałem Wendy, artystkę z kręgu muzyki folk , po drugie: nie znałem tej muzyki , a mam  koncepcję, żeby do pop'u dodawać inne style. Dlatego to była dla mnie wielka przygoda - zainspirować się  amerykańskim folkiem i stworzyć taką płytę. Poza tym,  w Stanach, które są mieszanką kulturową wszystkich ras, wszystkich języków i muzyk, można złapać dystans, poczuć siebie, przynajmniej swój etap.

 

a.: Stąd zapewne tyle tych pomysłów sypiących się jak z rękawa. Singiel „Signs” promujący płytę (o tym samym tytule) jak jakby zapowiedzią tych znaków. Czy są to wskazówki, które podpowiedzą jak żyć oraz czy kolejne utwory z płyty będą te znaki zawierać? Czy to ma być jakaś podpowiedź dla słuchacza?

 

M.Sz.: Piosenka, która nazywa się „Znaki” powstała  zanim powstał tytuł  płyty. Wcześniej  mieliśmy inny pomysł na tytuł. Jestem  typem człowieka, który stara się rozpoznawac i odczytywać w ludziach i zdarzeniach  znaki. Chcę się z nich uczyć i chcę się rozwijać , Wendy jest podobna. To jest kawałek naszego życia, tego co przeżyliśmy, czego się uczymy , co widzimy .  To są także opowiadania o szukaniu  znaków. Ten, kto będzie tego uważnie słuchać, będzie mógł poszukać ich razem z nami.

 

a.: Płyta jest anglojęzyczna, wyjątek stanowi piosenka „Rzeczy zmieniają się”. To ukłon w stronę polskiej publiczności?

 

M.Sz.:  Ta piosenka powstała jako jedna z ostatnich i zrobiłem to specjalnie dla polskiej publiczności . Cała płyta jest po angielsku, bo tak powstawała. W prosty sposób chcieliśmy opowiedzieć o paru ważnych rzeczach, przykładając się  do kompozycji i tekstów, pozornie prostych. Pomyślałem , że zostawimy tę płytę w  pierwotnej formie – jako zapis tego, co się naprawdę stało.

 

a.: Premiera płyty będzie 11 listopada, jednak piosenki z niej wykonuje już Pan na koncertach. Czy spotykają się one z pozytywnym odbiorem wśród publiczności?

 

M.Sz.: Tak, byłem nawet zaskoczony. Kiedy Wendy była w Polsce i graliśmy je na paru koncertach, ludzie bardzo dobrze reagowali . Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

 

a.: Czy to znak, że polska publiczność potrafi odbierać obcojęzyczne piosenki, odczytując to, co one wyrażają?

 

M.Sz.: Powiem pani tak: uważam, że polska publiczność jest świetna. Gorzej z mediami, które tej publiczności kręcą w głowie. Gram koncerty od wielu lat, jeżdżę po całej Polsce oraz po świecie, gdzie mieszka wielu Polaków i wiem jak odbierają. Wiem jakie mają serce i jakie mają otwarte głowy. Wystarczy czasem jakby „do-tłumaczyć” co się dzieje. Zadbałem o to, aby w polskim wydaniu płyty (bo są planowane również zagraniczne) był wolny przekład tekstów po polsku, żeby ci, którzy nie chcą lub nie mogą, też mogli rozumieć o co nam chodzi. Mam taką ambicję, żeby w moim śpiewaniu łączyć trzy sztuki: muzykę, słowo i interpretację. Chciałbym ,żeby po angielsku było dokładnie tak samo. Dużo nad tym pracowałem .

 

a.: W dość młodym wieku zaczynał Pan swoją karierę, jednak przez wiele lat dążył Pan do takiego solowego spełnienia. Czy ma Pan jakieś rady dla młodych artystów, którzy dopiero zaczynają tworzyć? Co robić, żeby dotrzeć ze swoim repertuarem do słuchaczy?

 

M.Sz.: Wydaje mi się, że najważniejszą rzeczą jest, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie – co mnie interesuje? Czy interesuje mnie komercyjny sukces, czy raczej artystyczne spełnienie. Jeżeli odpowiemy sobie na to podstawowe pytanie to później można spokojnie, bez niepewności iść określoną drogą. Ja wybrałem tę drugą opcję. W związku z tym nie jestem na najwyższych „top'ach”, nie zarabiam najwięcej pieniędzy, mojej twarzy nie ma w reklamach, ale jestem zadowolony z tego co robię i nie zamieniłbym się, mówiąc szczerze. Myślę, że dla młodych ludzi najważniejszy jest ten wybór. Ja zawsze ich namawiam, że powinni być ambitni. Szczególnie wtedy kiedy są młodzi, bo mogą  zrobić naprawdę wszystko co im w duszy gra. Później przychodzi czas na rodzinę, budowanie domów, kiedy trzeba zarabiać pieniądze, ale na początku – najważniejsze powinno być to, co gra w sercu.

 

a.: Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Anna Daniło

 

powrót