wywiady i prasa

18.11.2015, Portal Artrock.pl

Konrad Siwiński (Artrock.pl): Mieczysławie, czy sądzisz, że jesteś obecnie artystą niszowym?

Mieczysław Szcześniak: Ja właściwie zawsze chodziłem ścieżką, która nie była mainstreamowa. Chodziłem za własnym instynktem, gustem, a nie za trendami i "co się sprzedawało". Nie szukałem łatwej popularności, bo gdybym chciał, to bym ją znalazł. Znam przykłady ludzi zdolnych, którzy wybierają ścieżki komercyjne i z powodzeniem nimi idą. Ja sobie założyłem, że chcę być zadowolony z tego, co robię i będę chodził na możliwie najmniejsze kompromisy. I pogodziłem się z mniejszą stopą i nienajwiększymi splendorami. Chciałem po swojemu. Taka swoj-nisza.

KS: Przejdźmy do Twojego najnowszego projektu. Songs From Yesterday powstał we współpracy z Krzysztofem Herdzinem i jest pełen amerykańskich klasyków. Skąd pomysł na takie jazzowe granie?

MS: Radiowa Trójka robiła koncert poświęcony Radiu Luxembourg, czyli stacji, która w eter puściła wiele przebojów. Prawdziwie kultowe radio. Z tej okazji zostało zaproszonych paru artystów, żeby zagrać te ważniejsze piosenki. Ja wszedłem do tego projektu razem z Krzysiem Herdzinem i jego trio, czyli Robertem Kubiszynem i Cezarym Konradem. Zagraliśmy nasze aranżacje „Yesterday”, „Can’t Buy Me Love” i „This Is Not America”. Dobrze nam się razem grało, nabraliśmy ochoty na więcej. Pod koniec roku okazało się, że wolne jest moje ulubione studio S-4. Weszliśmy więc do niego i nagraliśmy utwory takich idoli: Stevie Wonder, Clapton, Stonesi, Bowie czy Beatlesi. Pracowaliśmy w tym samym składzie, jak przy okazji koncertu w Trójce. Zależało nam żeby zachować maksymalnie dużo świeżości, więc nie było ton prób, zmęczenia koncepcjami i lewitacji. Weszliśmy do studia z ustalonymi przez Herdzina formami , harmoniami, rytmami. Ale pozwalaliśmy sobie - czasem zmienialiśmy metrum, badaliśmy różne tempa, zostawialiśmy miejsce na element niespodzianki, jak improwizacje. Ale w studiu byli świetni muzycy, więc wszystko powstało szybko, z wdziękiem i talentem (śmiech).

KS: Wchodząc do studia wiedzieliście już jakie utwory będziecie nagrywać, czy selekcji dokonaliście będąc już razem?

MS: Tę część pracy wykonaliśmy z Krzysiem Herdzinem i dlatego podpisujemy się pod tym projektem razem. Wspólnie przebieraliśmy w tych wielkich hitach, których jest przecież moc oraz mnóstwo. Wybraliśmy te, na które mieliśmy pomysł. Poza tym ja chciałem opowiedzieć historie bazujące na dobrych tekstach. Krzysiek jako uważny obserwator i empatyczny aranżer pięknie ubrał moje interpretacje w aranżacje. Do tego doszły niezwykłe harmonie i solówki. Krzysiek ogarnął całość aranżacyjnie i poprowadził pracę w studiu.

KS: Nie korciło Was, aby do albumu dodać coś autorskiego? Czy koncepcja całości była tak spójna, że już nie było na to miejsca?

MS: Koncepcja od początku była bardzo konkretna – gramy piosenki naszych idoli, które uformowały świadomość kilku pokoleń, ale przede wszystkim, które zaważyły na naszym podejściu do muzyki, na naszej wrażliwości i edukacji muzycznej. Ale opowiadamy je po swojemu.

KS: Chciałbym nawiązać do Twojej kariery solowej. Od dobrych kilku lat jesteś jedną z najistotniejszych twarzy gospel - gatunku, który w Polsce jest wciąż bardzo niszowy. Sądzisz, że Polacy lubią tego typu muzykę?

MS: Wbrew pozorom jest to gatunek szalenie popularny! Ale zadajesz tak pytanie, bo w mediach jest go mało . W tej chwili gospel, to jedyny ruch amatorski, który genialnie umuzykalnia polskie społeczeństwo. W mniejszych i większych miastach od wielu lat prowadzone są warsztaty, które gromadzą tłumy ludzi chcących śpiewać i muzykować. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ to muzyka, którą porusza i ciało i duszę. Bywam na takich warsztatach i na finałowym koncercie śpiewałem kiedyś z tysiącosobowym chórem. Gdy w pewnym momencie walnęła za moimi plecami taka potęga głosów , byłem wzruszony i przekonany o sile tej pracy u podstaw - to nas zmienia - uwrażliwia i umuzykalnia, daje radość i energię muzykowaniu każdemu . Co nie jest dość powszechne w naszych zgonionych i spsiało skomercjalizowanych czasach.

KS: Myśląc o gospel, traktujesz ten gatunek muzyczny łącznie z wiarą? Czy dla Ciebie to dwa oddzielne światy?

MS: U mnie jest to naturalnie połączone, bo naturalnie złączone mam ciało i duszę. Wydaje mi się, że tylko wtedy, gdy śpiewasz i ciałem i duszą - można mówić o całym człowieku … i z całego człowieka. Nigdy nie chciałem być śpiewakiem świeckim, ani religijnym. Chciałem śpiewać o całym człowieku – o potrzebach ciała i duszy. I inspirować.

KS: Z kim Mieczysław Szcześniak chciałby zaśpiewać w duecie?

MS: Nie wiem, czy można to rozpatrywać w kategoriach marzeń pracowych, ale zawsze podziwiałem i będę podziwiał Arethę Franklin. Zawsze wzrusza mnie Donny Hathaway i Shirley Horn. Podziwiam Marię Callas i śpiewaków ludowych. Fascynują mnie współbrzmienia głosu z instrumentami. I mam dużo pomysłów.

KS: Ostatnie albumy solowe wydajesz w niewielkiej wytwórni. Jak do tego doszło? Nie brakuje Ci wielkich kampanii promocyjnych od dużych wytwórni?

MS: Mieliśmy doradców , którzy poprowadzili nas tą drogą. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Wszędzie pracują ludzie, którzy się starają, ale mają ograniczone budżety, są zależni od kogośczegoś, zawaleni są terminami i nawałkami, gubiąc czasem oddech…Ale każde doświadczenie jest cenne i uczy.

Pozostaje mi jeszcze spróbować samowydawania , założyłem więc stosowną firmę pt. Mietafor ( śmiech)

KS: Obecny rynek muzyczny wygląda zupełnie inaczej niż w czasach, gdy rozpoczynałeś karierę. Płyty sprzedają się w coraz mniejszej ilości, wytwórnie szukają zysków, słuchacze coraz częściej sięgają po muzykę w sieci. Gdzieś w tym wszystkim jest Artysta, który chce na swojej twórczości zarobić. Jak Ty patrzysz na zmiany, które zachodzą na rynku?

MS: Szczerze mówiąc, to ja nigdy nie obracałem się na „rynku muzycznym”. Gdybym chciał w nim być, to robiłbym rzeczy dużo bardziej dochodowe i przynoszące znacznie większą popularność. Znałbym też dużo więcej ludzi, nawet takich, których nie chciałbym znać. Do tego musiałbym podlegać różnym kompromisom, zarówno w pracy, jak i w towarzystwie. Ja nigdy tego nie robiłem i nie bardzo obracam się w branży. Nie wiem co w trawie piszczy i założyłem, że moja stopa życia będzie średnia, ale muzyczka - nieśrednia. Zawsze chciałem po swojemu opowiadać historie i muzykować. Dlatego nie zbudowałem instytucji ani mitu. Żyję w miarę normalnie, nie lewituję, nie kochają mnie branże i media, ale jestem też od tego niezależny. Mam to, co jest największą nagrodą dla każdego artysty – wierną publiczność, która towarzyszy mi od ładnych dwudziestu paru lat.

KS: Wyobraź sobie młodego artystę, który czyta te Twoje piękne słowa na temat twórczości, muzyki, pasji. Taki człowiek jest u progu swojej kariery i zastanawia się, co ma robić, jak postawić pierwszy krok w świecie muzyki. Co byś doradził?

MS: Gdy jesteś młodym człowiekiem , masz najwięcej energii, pasji, bezkompromisowości. Wtedy zdecydowanie warto iść za sercem, wyobraźnią i swoją głową. Niech taka osoba nie słucha tych „doradczych” podszeptów, bo jak świat światem było tak, że idolami zostawali nie Ci, którzy robili pod publiczkę, ale Ci, którzy pociągali za sobą ludzi swoim talentem , przesłaniem, wyobraźnią. Należy zastanowić się na czym ci naprawdę zależy. Jeśli na karierze i szmalu z dużą popularnością - to trzeba robić to, co każą media, menadzerzy i najbardziej mainstreamowa publiczność. Jeśli chce się muzykować i zbudować nie pałac, a mały dom z pięknym ogrodem, należy słuchać swojego serca i głowy, zaufać sobie i swojej zwykle dość wyraźnej drodze. Wtedy zawsze znajdą się ludzie, którzy za taką twórczością pójdą i będą Ci towarzyszyć. Jestem o tym przekonany.

KS: Na koniec naszej rozmowy chciałbym zapytać Cię o plany na najbliższą przyszłość.

MS: Do wiosny będziemy promować Songs From Yesterday na koncertach w całej Polsce. Poza tym pracuję jeszcze nad dwiema płytami. Pierwsza z nich to album z moimi kompozycjami do wierszy ks. Jana Twardowskiego - nietypowy, bo wybrałem te najbardziej "życiowe" . Szukałem formy dla tych ujmująco lekkich wierszy . Włożyłem je w bossa novy i samby. A żeby było szlachetnie, do współpracy zaprosiłem moich kolegów Brazylijczyków, a Krzysiu Herdzin i Marcin Pospieszalski opracowali smyki. Pobrzmiewał będzie wdali stary, dobry Jobim. Mam nadzieję, że całość ukaże się w przyszłym roku.

Następny projekt nagrywam z czarnym chórem gospel " Life Choir " w Los Angeles, w miejscu, gdzie powstał mój album Sings. Bez napinki, jak tam jestem to coś piszemy, dogrywamy. Narazie mamy pięć utworów, powstają kolejne, a album ujrzy światło dzienne … kiedy będzie gotowy (śmiech)!

 

powrót