wywiady i prasa

20.10.2011, Portal Muzyka.pl 2011

11 listopada odbędzie się premiera 7 solowego albumu Mietka Szcześniaka zatytułowanego „Signs”.  Już wkrótce jego fani będą mieli szansę posłuchać płyty, która z pewnością okaże się wyjątkowa w dotychczasowym dorobku artystycznym muzyka.

 

Aleksandra Basiukiewicz: Płyta „Signs” jest pierwszym albumem anglojęzycznym w Pana karierze. Skąd pomysł, aby wydać ją w języku angielskim?

 

Mietek Szcześniak: To nie był pomysł. Tak się złożyło. 4 lata temu poznałem Wendy Waldman, amerykańską producentkę i artystkę. Bardzo dobrze szło nam komponowanie nowych piosenek. Pierwszego dnia mieliśmy już jedną całą, łącznie z tekstem, drugiego kolejną - postanowiliśmy napisać ich więcej. Ponieważ dzielił nas ocean, spotykaliśmy się mniej więcej co 3-4 miesiące. Latałem do Los Angeles albo Wendy przylatywała do Polski i tych piosenek przez 2 lata zrobiliśmy około 30. Wtedy dopiero powstał pomysł, żeby zrobić  płytę. Pieczołowicie dbaliśmy o każdy dźwięk, później aranżację i produkcję, ale również  o każde słowo, o historie, które chcieliśmy opowiedzieć  jak najprostszymi słowami. Próbowałem to przełożyć , ale  język polski ma inny rytm , historie musiałyby się zmienić. Dlatego postanowiłem, że zostawimy tę płytę po angielsku, w pierwotnej formie, jako zapis pewnego zdarzenia. To nie było tak, że pan miał pieniądze, pojechał za granicę i wynajął sobie muzyków. Spotkanie dwójki artystów, którzy patrzyli w 1 stronę  muzycznie i życiowo zaowocowało powstaniem tej płyty.

 

Czy treść piosenek, które znalazły się na płycie,  w jakiś sposób łączy się w spójną historię, czy każda z nich ma zupełnie inne przesłanie?

 

Zawsze myślałem , że każda piosenka powinna żyć swoim życiem. Płyta to zazwyczaj kilkanaście historii. Po pierwsze chcieliśmy, żeby każda piosenka miała znamię inspiracją innym gatunkiem amerykańskiej muzyki. Po drugie, żeby teksty opowiadały historie, które są jakby malutkimi dramatycznymi zajściami. Zawsze chciałem, żeby wspólnym mianownikiem był artysta, który  opowiada muzycznie i interpretacyjnie te historie.

 

O czym Pan opowiada w swoich piosenkach?

 

To są piosenki o przejmowaniu się światem i człowiekiem - o iluzjach i prawdzie, o długiej drodze do serca, o dobrych zmianach, o ciele i duszy oraz o przyjaźni, która jest rodzajem miłości. Dużo znaków, które próbuję znaleźć i odczytać. Zapraszam - można je odkrywać razem z nami.

 

Więc teraz zrozumiałe jest, dlaczego płyta nosi tytuł „Signs”(Znaki). Czy dzięki albumowi anglojęzycznemu chciałby Pan zdobyć serca słuchaczy nie tylko w Polsce, ale również na całym świece? Może to krok do międzynarodowej kariery?

 

Jeśli chodzi o mnie – mam dystans. Natomiast Amerykanie są przyzwyczajeni , że cokolwiek robią, szczególnie ci z Los Angeles - wydają to za granicą i rzeczywiście język angielski to umożliwia . Są takie plany. Ja się nie napinam, ale jeżeli to się uda,  będę równie szczęśliwy.

 

Co jest Pana największym natchnieniem podczas komponowania muzyki i pisania tekstów? Co Pana inspiruje?

 

Myślę, że największą inspiracją są ludzie, szczególnie ci, z którymi pracuję. Wendy jest tego ewidentnym przykładem. Powiedziała mi, że z nikim jej się nie pracowało  tak szybko, wydajnie i owocnie. Myślę, że to jest dobry team i nagramy kolejną  płytę. Album zawiera jedną piosenkę w języku polskim. Utwór „Rzeczy zmieniają się” jest ukłonem dla polskiej publiczności. Jest jeszcze kilka polskich elementów : instrumentaliści Paweł Zarecki, Marcin Pospieszalski, Piotr Kominek, którzy brali udział w nagraniach oraz Basia Trzetrzelewska, która dawno temu wywędrowała z Polski, ale ma polskie serce i zaśpiewała ze mną na tej płycie.

 

Jak Pan sobie radzi z popularnością?

 

Nie jestem z tych, którzy mają tzw. „masową popularność” i bardzo się z tego cieszę, bo nie przepadam za tym.

 

Ale fani okazują Panu w jakiś sposób swoją sympatię.

 

Tak i to jest bardzo przyjemne, a nawet ujmujące. Ludzie darzą mnie pewnego rodzaju zaufaniem. Traktują mnie jak kogoś, kogo rozumieją i kto ich rozumie. Moim głównym przesłaniem jest nadzieja i rzeczywiście widzę, że ludzie ją pobierają . Chociaż spotkałem się z paroma nieprzyjemnymi zajściami od ludzi, którzy może mniej rozumnie podchodzą do muzyki.

 

 

Czy dostał Pan kiedyś jakiś prezent od fana, który szczególnie Pana wzruszył?

 

Było sporo takich sytuacji. Kiedyś na przykład dostałem prawdziwe drzewo od mężczyzny, który później został moim przyjacielem. Kiedy pojechałem do swojego domu na wsi, aby w ogrodzie, wyprawić dla rodziny i przyjaciół moje urodziny, przy bramie stało drzewo – lipa. Był przy niej bilecik z życzeniami urodzinowymi od leśniczego z żoną oraz zaproszenie na ognisko. Zadzwoniłem, żeby  podziękować i następnego dnia byliśmy u nich na ognisku. Jestem zaprzyjaźniony z nim i całą jego wspaniałą rodziną i przyjaźń ta kwitnie  . To jest 1 z takich historii. Było ich nawet sporo. Dwa razy dostałem , robione dla mnie , wejściowe drzwi – jak znaki.

 

W jaki sposób spędza Pan swój wolny czas?

 

Zależy na co mi czas pozwala, mieszkam w Warszawie, ciągle gdzieś jeżdżę, więc najchętniej spędzam go nie jeżdżąc. Po drugie lubię się dobrze wyspać, czytać, oglądać dobre filmy i jeździć do swojego ogrodu na wieś. Posadziłem w nim dużo drzew, o które dbam. To moja pasja.

 

Podsumowując naszą rozmowę: wiemy, że będzie mowa płyta. I co dalej? Jakie są Pana najbliższe plany zawodowe? Gdzie i kiedy będzie można Pana zobaczyć i usłyszeć?

 

Ja mógłbym koncertować ciągle, bo najbardziej to lubię, ale wszystko zależy od zaproszeń. Najchętniej pojechałbym wszędzie. Pracujemy  z Wendy nad drugim albumem, mamy już połowę materiału. Mam też gotowy program z kwartetem smyczkowym Meccore String Quartet.

 

A co z trasą koncertową?

 

Moja managerka planuje coś na przełomie stycznia i lutego. Oprócz tego regularnie gram koncerty w całej Polsce, więc będę się spotykał z moją publicznością w miarę możliwości i z wielką przyjemnością.

 

 

 

                                                                                               

 

powrót