wywiady i prasa

15.10.2011, Portal Stacjakultura.pl 2011

Aleksandra Kołosowska: Od jakiegoś czasu jest Pana mniej w mediach, właściwie w ogóle Pana nie ma. To celowy zabieg czy może był Pan tak zajęty tworzeniem płyty, że nie było czasu?

 

Mietek Szcześniak: Jedno i drugie.  Przez cały czas pracuję, ale to Media decydują  czy nas ludziom udostępnią. W mediach są różne mody, różne prywatne sympatie, różne interesy, aż dziwne, że tak to może funkcjonować. Myślałem też, że to zmiana pokoleniowa , ale okazało się jednak, że nie.  Jest wielu artystów cenionych przez publiczność, których  media nie zapraszają. Dobrze sprzedają płyty, grają koncerty, dużo pracują,  tak jak ja. Szkoda,  publiczność ma prawo wybierać , czego chce, co się naprawdę podoba, ale ma ograniczone możliwości   poznania. Marnologia i macherzy od wyimaginowanych mas rządzą.

 

A.K.: Ostatnią solową płytę wydał Pan w 2006 roku. Skąd taka długa przerwa?

 

M.SZ.: To nie jest długa przerwa. Ja zawsze płyty nagrywam co 4,5 lat, w międzyczasie biorąc udział w  projektach innych artystów . Myślę że to  taki zdrowy czas dla człowieka , którego nie ma w mediach (śmiech). Gdybym był w mediach , to większe byłoby parcie, płyty ukazywałyby się gęściej, szybciej. Nie wiem czy  lepsze. Wie Pani, jeżeli  czuje się przysłowiowy wiatr w plecy - chętniej się pracuje. Szczególnie kiedy ma się sporo pomysłów i czasem z nieśmiałości odkłada je do szuflady. Mówię o konfuzji , której doświadcza  człowiek włączywszy  telewizor i zobaczywszy  , co tam się dzieje muzycznie i kulturalnie.

 

A.K.: Za kilka dni premiera Pana nowej płyty. Skąd pomysł na anglojęzyczne utwory?

 

M.SZ.:  Nie zamierzałem nagrać płyty po angielsku. Zaczęło się od akcji pt „Poland – why not ?” , którą zorganizował Szkot mieszkający w Polsce Brian Allan. Zaprosił kilku  amerykańskich twórców piosenek, którzy mieli spróbować  współpracy z polskimi wykonawcami, napisać wspólnie nowe piosenki . Owocem mojego spotkania z Wendy Waldman – mieszkającą w Los Angeles  artystką i producentką - jest  płyta pt „ Signs ''. Zaczęliśmy owocnie – już piewszego dnia mieliśmy całą piosenkę, a drugiego - następną.  Szło nam , jak z płatka. Wendy przyleciała po paru miesiącach do Polski , żeby popracować jeszcze trochę. Później ja poleciałem do Los Angeles .  Spotykaliśmy się co 3, 4 miesiące na ok. 2 tygodnie . Po dwóch latach mieliśmy  30 piosenek.  Wtedy dopiero postanowiliśmy , że powstanie z tego płyta. Mieliśmy pomysł, żeby przetłumaczyć piosenki na polski, ale każdy język ma swoją specyfikę, nie daje się opowiedzieć tak samo historii, na których nam zależało. Dbaliśmy o każdą nutkę i słowo, trudno było je zmieniać. Postanowiłem, że zostawię tę pracę w pierwotnej , organicznej formie .  Napisałem „ Rzeczy zmieniają się” - ukłon dla polskiej publiczności.   Naturalną koleją rzeczy , pomyśleliśmy o wydaniu płyty  w Polsce, z polskimi i angielskimi opisami, z impresjami polskimi o angielskich tekstach.  Amerykanie przyzwyczajeni są do tego, że eksportują swoje produkcje , chcą to wydać poza Polską. Ja się nie napinam , ale skoro oni mają takie plany -  jestem otwarty.   Starałem się  śpiewać po angielsku , tak jak po polsku. Bacząc na   łączenie trzech sztuk ,  kolaborowanie z muzyką, ze słowem i  interpretacja obu. Wykonałem dużą pracę ,  żeby to  było prawdziwe , emocjonale, uczę się „czuć” angielski. Kiedy przekraczam barierę języka, czuję się trochę jak emigrant. Rozumiem lepiej, dlaczego tak wielu Polaków emigruje...

 

A.K.: Na płycie jest jeden polski utwór „Rzeczy zmieniają się”. To pewnego rodzaju bonus dla polskich fanów?

 

M.SZ.: . To jest ukłon w kierunku mojej publiczności,  dialog z ludźmi, którzy lubią moje polskie teksty. Do tej pory nagrywałem głównie po polsku . Chociaż mam  taki projekt i zagrałem sporo koncertów  ze standardami jazz soul, blues, ale  nigdy tego nie nagrałem. . Jednak wszystko i najbardziej lubię robić po polsku.

 

A.K.: O czym opowiada ta płyta ? Jest motyw przewodni czy może każda piosenka jest inna ?

M. SZ.: Płytę nazwaliśmy „ Signs” , czyli „Znaki”. Lubię patrzeć na ludzi i na zdarzenia, jak na znaki , lubię je czytać i uczyć się , rozwijać. Lubię też, kiedy każda piosenka ma własne życie. Płyta dla mnie jest zbiorem opowieści, historii zilustrowanych muzyką.  Ten album, to  mój drobny hołd dla amerykańskiej kultury muzycznej . Jestem jej wielbicielem od dawna.  Wyjątkiem jest tytułowa i singlowa piosenka pt „Signs” . Chcieliśmy , żeby jedna pieśń była opowieścią o człowieku, który siedzi w środku pomiędzy wschodem a zachodem. Ma wgląd i rozumie obie strony , ich muzykę, mentalność, odrębność, metaforycznie też. Dlatego są tu wpływy zachodniej i wschodniej muzyki. I dość niepokojąca wizja... Proponuję uważność . Jeżeli to się komuś przyda i zainspiruje - to będzie  dla mnie wielkie szczęście.

 

A.K.: To siódma płyta w Pana artystycznym dorobku. Można powiedzieć , że jest ona najbardziej osobista?

 

M.SZ.: Nie, wszystkie są bardzo osobiste. Ta jest dojrzalsza i bardziej wyluzowana . Rzeczywiście , współpraca z Amerykanami, szczególnie w Kalifornii,  daje poczucie luzu. Ale zawsze podszytego pracowitością i konkretem. To dla mnie jedno z większych odkryć na temat amerykańskiego luzu.

 

A.K.: Spełniło się Pana wielkie marzenie. Zawsze chciał Pan nagrywać płyty w zagranicznych studiach i z zagranicznymi muzykami. Doszło do tego właśnie dlatego, że został Pan zaproszony do programu „Poland why not?”?

 

M.SZ.: Dzięki „Poland why not'' spotkaliśmy się z Wendy Waldman. Potem postanowiliśmy  kontynuować pracę na własną rękę. Jak mówiłem - nie celowaliśmy w płytę , chcieliśmy napisać parę fajnych piosenek. Rozwinęło się   nadspodziewnie , dlatego zdecydowaliśmy, że będzie z tego płyta. To wielkie szczęście spotkać człowieka , który patrzy w tę samą stronę życiowo i muzycznie,  który ma podobną wrażliwość i otwartość.  Poza tym nie byłem panem który, ma pieniądze i jedzie wynająć kogo chce. Wendy przedstawiła mi swoją rodzinę muzyczną - ja jej swoją, polską. W  tym projekcie brali udział tylko ludzie, którzy w niego i w nas wierzyli ,  którzy lubili  nas i naszą pracę . To unikalne i słychać to na płycie.

 

A.K.: Czyli może Pan powiedzieć, że w pewnym sensie jest szczęściarzem?

 

M.SZ.: Jestem szczęściarzem i myślę, że jest to też rodzaj nagrody za wieloletnie trudy .

 

A.K.: Zastanawiam się czy tak doświadczony artysta jak Pan, stresuje się tym, jak płyta zostanie przyjęta w Polsce i za granicą również?

 

M.SZ.: Oczywiście, zawsze. Wiadomo, że kiedy coś się zrobi i pokazuje drugiemu – zawsze są obawy, jak to zostanie przyjęte ,  czy forma pozwoli na odczytanie treści. Myślę, że to  naturalne, tak jakby człowiek był chwilowo bez skóry. Każdy artysta tak ma i w ogóle każdy człowiek tak ma.

 

A.K.: Płyta powstawała 4 lata. Jest Pan zadowolony z efektu finalnego?

 

M.SZ.: O tak. Jestem bardzo zadowolony. Właściwie płyta powstawała trzy lata. Tak naprawdę spotykaliśmy się co trzy, cztery miesiące, na dwa tygodnie. Biorąc to pod uwagę, płyta powstała bardzo szybko. Słychać rzetelność w podejściu do sprawy, otwartość ale również przyjacielski, domowy spokój. To połączenie amerykańskiego stylu i słowiańskiej emocjonalności . Fajne kompozycje, dobre opowieści, wyraźni muzycy i fachowe brzmienie.

 

A.K.: Myśli Pan, że pozostaniecie z Wendy w kontakcie?

 

M.SZ.: O tak. Przyjaźnimy się , mamy wspólnych przyjaciół w Polsce i w Stanach, znamy swoje rodziny i środowiska. No i mamy wiele nowych pomysłów oraz podpisany kontrakt na dwie płyty z firmą 4evermusic , która wydaje nas w Polsce.  Zrobiliśmy już  połowę następnej płyty.

 

A.K.: 29 listopada w warszawskim klubie Palladium odbędzie się koncert promujący płytę „Signs”. Opowie Pan czego mogą spodziewać się fani, którzy przyjdą na koncert?

 

M.SZ.:  W klubie Palladium zagramy koncert ze wszystkimi piosenkami z płyty „ Signs''  oraz  kilka piosenek polskich. Myślę, że zgrabnie przeplecione , zrobią odpowiednią całość . Cieszę się , bo to  fajne miejsce do grania,  dobrze wygląda i wszystko dobrze słychać. Cieszę się też, że na koncercie będę miał gości ze Stanów. Przyjadą ludzie którzy, brali udział w nagrywaniu tej płyty. Będzie Wendy Waldman, która zagra na gitarze i zaśpiewa. Będzie również  świetny gitarzysta z Teksasu  Phil Hurley i  perkusista Scott Babcock z Los Angeles .

A.K.: Planuje pan trasę koncertową promującą tę płytę?

 

M.SZ.: Planuję, oczywiście. Najchętniej zagrałbym tę trasę z czarnym chórem. Nie lada gratką jest to, że na płycie grają biali i czarni muzycy amerykańscy . W dodatku zostaliśmy z Wendy członkami ich chóru „ Life Choir''. Ja jestem dojeżdżający,  a Wendy bywa regularnie. Chciałbym również, żeby w trasie wzięła udział Basia Trzetrzelewska, która nagrała ze mną duet . Nie mam jednak sponsorów. Może Wy nam coś znajdziecie (śmiech)?

 

A.K.: Koncerty, płyta – jednym słowem dużo pracy. Kiedy czas na odpoczynek?

 

M.SZ.: Chwilowo czasu na odpoczynek nie ma. Z tego co widzę odpocząć będę mógł dopiero w marcu. Ale jestem bardzo zadowolony i wdzięczny.

 

A.K.: Czyli planami na te najbliższe kilka miesięcy jest wydanie płyty, koncertowanie. Planuje Pan coś jeszcze?

 

M.SZ.: Jeśli jeszcze coś zdołam, to pewnie zrobię. Chodzą mi po głowie różne rzeczy. Ciągle znajduję ładne teksty, do których mam ochotę ułożyć parę nutek . Mam projekt z  kwartetem smyczkowym Meccore, który chciałbym nagrać. Marzy mi się też płyta z  orkiestrą. Właściwie pracuję  cały czas. I lubię to.

powrót