wywiady i prasa

12.06.2009, SPOTKANIA RODZINNE ZAKRAPIANE MUZYKĄ

"...Jestem, poza tym, bardzo rodzinnym zwierzem,wielbicielem polskości i słowiańszczyzny..."

Rozmawiała: SYLWIA CHUDAK

2007


MIECZYSŁAW SZCZEŚNIAK pochodzi z Kalisza. Wydał 11 albumów, ostatni pt. "Zwykły cud" pojawił się w czerwcu ubiegłego roku. Jest jednym z założycieli zespołu "New Life M", będący prekursorem muzyki rozrywkowej z przesłaniem chrześcijańskim. W 1989 r. nie przyjął propozycji Dietera Bohlena śpiewania w Modern Talking. Zresztą odrzucił jeszcze kilka ofert, nie do odrzucenia. Jak go zrozumieć? Rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać.

Dla kogo lubi Pan śpiewać?

 

Dla każdego, kto lubi bujać w obłokach, jak ja. Lubię śpiewać dla mojej publiczności- muzykalnej, otwartej i wrażliwej. Luuubię ich.

Podobno ma Pan ciekawe spostrzeżenia na temat emigrantów?

 

Tak, zauważyłem coś, co potwierdziło mi się w różnych miejscach. Najlepiej sobie radzą ludzie, którzy zajmują się równocześnie trzema częściami swojego jestestwa: ciałem, duszą i duchem, to są naczynia połączone. Widziałem polskich Chrześcijan, którzy bardzo dobrze radzą sobie za granicą.

 

Mają oparcie.

 

Tu nie chodzi o oparcie, ale o sposób życia.

Jednak o wsparcie, bo ich sposób życia opiera się na pewnych niezachwianych wartościach.

Tak, tylko oparcie sugeruje, jak rozumiem poleganie na proszeniu i otrzymywaniu. Nie, nie, może nieistotne. Może Pani miała co innego na myśli...

 

Tylko, że to nie moje myśli są ważne, a Pańskie.

 

Nie, nie tylko moje, istotna jest wymiana, więc?

 

Ok. Ze składników mojego organizmu nie da się zbudować przyzwoitego emigranta. A z Pańskich?

 

Do tej pory wydawało mi się, że to niemożliwe, bo jestem wielbicielem polskości i słowiańszczyzny. Ja to lubię, rozumiem, ja to akceptuję .W tym świecie widzę ogromne bogactwo, którego w świecie Zachodu po prostu nie ma.

 

Oni mają inną mentalność.

 

Tak, ja przylegam do naszej. Jestem, poza tym, bardzo rodzinnym zwierzem. Rodzina mieszka w jednym domu, cztery pokolenia. Razem się trzymamy.

 

Gdzie?

 

W Kaliszu. To znaczy ja tam dojeżdżam, a oni są cały czas.

 

Pan nie emigrował, nie emigruje i nie zamierza.

 

Jeszcze nie dokończyłem...

 

Tak?

 

... do tej pory tak myślałem, ale zdałem sobie sprawę, że gdybym był w tak trudnej sytuacji życiowej, jak wielu ludzi, to szukałbym jakichś możliwości i jeśli zagranica byłaby najprostszym rozwiązaniem, to bym sie tam udał. Ja mam specyficzne zajęcie, operuję językiem polskim, zdobyłem w kraju jakąś pozycje zawodową, więc byłoby bardzo trudno zaczynać gdzie indziej, ale gdybym uprawiał inny zawód, a byłoby mi ciężko, pewnie zdecydowałbym się.

 

Na szczęście nie trzeba, bo wszystko przebiega zgodnie z planem.

 

Nie, nie przebiega. Jedynym planem, który się spełnił, jest to, że ten zawód stał się moim zawodem. Wie Pani, tutaj trudno coś zaplanować. Część rzeczy dzieje się przypadkiem, a część z kolei wynika z układów ludzkich. Nigdy nie przypinałem się do wyraźnych trendów i nurtów, towarzystw, przez co ta droga jest samotna i trudna w sensie zawodowym, ale cenię sobie taką niezależność. To, że przez dwadzieścia parę lat wykonuję ten zawód jest dowodem na to, że mi się udało. A śpiewałem od dziecka....

 

W chórze kościelnym?

 

Z chęcią i żarliwością. Nie miałem problemów z Panem Bogiem.

 

A on z Panem miał?

 

Tak, czasem tak... jak z każdym. Jak mi było niewygodnie to się odwracałem, ale zawsze miałem pewność, że jest dobry.

 

To już dużo.

 

Podstawowa rzecz. To miało wpływ na moją osobowość, priorytety itd. Uznałem za naturalne, by w życiu wartościować. Potem media zrobiły sobie z tego zabaweczkę, bo one polują i czekają tylko, żeby kogoś gdzieś włożyć do szufladek. Ja się dziwiłem, że oni się dziwią, że ja jestem religijny. Nie jestem, nie obchodzi mnie religia, mnie obchodzi Bóg.

 

Potrafi Pan rozróżniać wartości. Czy to znaczy, że już wie na czym mu zależy?

 

W jakim sensie?

 

Zawodowym na przykład.

 

Myślę, że mam własną drogę. Ludzie mnie szanują, niektórzy naśladują. Sądzę, że przetarłem szlak dla tych, którzy kochają soul, R`& B`, funky. Lubię czarną muzykę.
Myślę, że dołożyłem się trochę, żeby była popularniejsza w Polsce.

 

Skąd w Kaliszu czarna muzyka?

 

Z radia. Dzięki takim ludziom jak Jadwiga Skolarska czy Marek Niedźwiecki, można było posłuchać świetnych płyt w radiowej Dwójce lub Trójce. Miałem kilkanaście lat, kiedy usłyszałem Arethę Franklin, w wersji gospel. Od tamtego czasu zmieniło się moje myślenie, wcześniej nie wiedziałem , jak taka muzyka istnieje. Chodziłem z walkmanem po Kaliszu i marzyłem, żeby kiedyś z nimi zaśpiewać.

 

Pan przeczuwał, że będzie to robić?

 

Tak.

 

Czy zawsze mógł Pan żyć z muzyki?

 

Był taki czas, 1993-96 kiedy było mi trudno, bo poszła fama, że jestem odjechany na punkcie religijnym. Nie miałem wtedy pracy, nie zapraszali mnie do radia, ani telewizji, nie miałem z czego żyć. To trwało dwa bite lata. Utrzymywałem się za pożyczone pieniądze. Wie Pani jaki jest najliczniejszy tzw. „kościół na ziemi"? Kościół wyznawców obiegowych opinii i modnych trendów. Brzydzę się tym, niebezpieczne, bo nie śmierdzi, a truje.

 

Ale jest łatwo dostępne, najprostsze, w dzisiejszych trudnych czasach, no wie Pan...

 

Popelina.

 

Co Pan z nią zrobił?

 

Zacząłem działać. Sam dzwoniłem, proponowałem koncerty w radiu i telewizji, ale nie było odzewu. Poczułem wtedy, co to znaczy odrzucenie. Byłem zaskoczony kolejnym życiowym paradoksem. Musiałem wtedy zdecydować -czy iść za tym, co dla mnie ważne , czy zdradzić samego siebie tylko dlatego, że dla kogoś to głupie, niezrozumiałe. Wybrałem ważne, bo mam jedno życie i muszę pilnować tego, co jest dla mnie ważne. Zapłaciłem za to niezłą cenę. I nie żałuję, choć chciałbym więcej , że tak powiem, się udzielać.

 

Ostracyzm środowiskowy?

 

Tak. I trwa do dzisiaj. W komercyjnych radiach Pani mnie nie usłyszy, w telewizjach też rzadko.

 

Ale ma Pan swoją publiczność, która Pan odnajduje.

 

Z tego bardzo się cieszę. O tym każdy artysta marzy, żeby jego język i droga, były rozumiane, zidentyfikowane, docenione i żeby się w życiu codziennym to przydało.
Czy było trudno? Przez pięć lat od debiutu nie mogłem nagrać płyty, ponieważ nikt nie chciał jej wydać. To był trudny wybór. Czy się dopasowywać, czy iść swoją drogą. Z perspektywy czasu widzę, że dobrze zrobiłem, chociaż nie jest lekko, ludzie mówią, że mogłoby być szerzej, na wyższych półkach, lepiej finansowo.

 

Nie znudziło się to Panu? Nie kusi zasmakować tamtego?

 

Mnie nie kusi, ale byłem kuszony, zwłaszcza przez ludzi tzw. dobrze mi życzących.

 

Dlaczego Pan nie chce?

 

Kiedy debiutowałem w 1985 r. w Opolu dostałem bardzo ważną lekcję. Występowałem z trudną kompozycją i niełatwym tekstem w miejscu, gdzie oczekuje się piosenek łatwych, lekkich i przyjemnych. Włożyłem całe serce. Spodobała się, były nawet bisy. Wniosek? Bądź wierny sobie, opowiadaj szczerze, w co wierzysz , a ludzie to rozpoznają i docenią. Wszyscy mają głowę i serce, chociaż media karmią nas sieczką.

 

Co z ostatnia płytą?

 

Po sześciu latach, w czerwcu ‘06 wydałem "Zwykły cud". To zbiorek opowieści o ludzkich sprawach i o zwykłych cudach takich, jak nadzieja, radość, pasja odkrywania bliskości, wdzięczności, dobrej naiwności . Nigdy, takiego jak każdy z nas - nie było, nie ma i nie będzie, jesteśmy wyjątkowi. Chciałem, żeby ci, którzy mnie słuchają dowiedzieli sie o tym jeszcze raz i podali to innym. Ta płyta była rodzajem podsumowania. Ostatnio sprawdzałem, czy muzykowanie to moje powołanie, moja droga.

 

Czy to oznacza, że brał Pan pod uwagę możliwość zmiany zawodu?

 

Tak.

 

Na jaki?

 

Byłem otwarty, ale najpierw chciałem to sprawdzić. Rozmawiałem z sobą, z ludźmi, z Bogiem. Trwało to parę lat .Teraz wiem- to jest moje powołanie.

 

Czuje Pan to w powietrzu?

 

Mam pewność. To świetne uczucie, polecam.

 

Z jakiej rodziny Pan pochodzi?

 

Dostałem dobre geny, wszyscy muzykowali, chociaż nikt nie był wykształconym muzykiem. Grali amatorsko na akordeonach, gitarach, na czym popadło. Poza tym śpiewali regularnie, na licznych rodzinnych imprezach.

 

Spotkania rodzinne zakrapiane muzyką.

 

Tak, przyzwyczaiłem się, że kobiety i mężczyźni w moim otoczeniu, wyrażają swoje myśli za pomocą gwizdania, tupania, nucenia. To język w mojej rodzinie, bardzo wyraźny. Szybko go pojąłem. I szczerze pokochałem.

W domu jest bezpiecznie, ale to zupełnie inny świat od tego za oknem.

Obcy świat nie patyczkuje się. Wykorzystuje nas do określonych rzeczy, płacąc za to. Zabiera, co chce. I daje, co ma.

 

To definicja emigracji?

 

Rzeczywiście pasuje. Emigracja jest swego rodzaju poświęceniem, a jeżeli człowiek się poświęca-a nie robi tego z przyjemnej ochoty- to różne kwasy powstają, czasem trochę goryczy. Mam nadzieję, że to nie zapuści w Polakach korzeni, bo mogłoby z tego wyrosnąć wielkie drzewo, które rodzi kwaśne owoce. Plusem może być to, że wyjeżdżający, przez porównanie, docenią w słowiańszczyźnie, w polskości rzeczy, których wcześniej nie doceniali. Sam tego doświadczałem.

 

Pański najlepszy okres w życiu?

 

Teraz! Już coś wiem o tzw. Życiu, jestem niestary, niegłupi, mam swoją pasję i swoje ideały, wpływam dobrze na ludzi-jestem za to wdzięczny.

 

A młodość ?

 

Młodość to czas, kiedy mamy ogromny potencjał , tyle odwagi i energii, żeby robić rzeczy niepokorne, które słuchają naszego wnętrza i intuicji. Trzeba to dobrze wykorzystać i nie rezygnować. Nigdy.

 

A jak się Pan wytłumaczy z "Dumki na dwa serca" zaśpiewanej z Edytą Górniak? Komercyjne, czyż nie? Według rankingów najpiękniejsza polska piosenka.

 

To było jednorazowe zajście, zrobione na potrzeby filmu. Ta przygoda z muzyką słowiańską okazała się interesująca i bardzo popularna, stała się rodzajem dobra narodowego, ale nagrywam inne płyty.

 

Dumek nie będzie więcej?

 

Mogłyby być, gdyby zaistniał jakiś ciekawy projekt z taką muzyką. Jestem muzykiem, korzystanie z różnych źródeł to dla mnie przygoda. Rozumiem wiele stylów, inspiruję się nimi z pasją odkrywcy. I zawsze chcę być blisko ludzi.

 

powrót