wywiady i prasa

14.11.2016, Przyznać, że się kogoś potrzebuje

Rozmowa dla portalu Aleteia Polska 
http://pl.aleteia.org/
Przyznać, że się kogoś potrzebuje
z Mieczysławem Szcześniakiem rozmawia Małgorzata Bilska
Małgorzata Bilska: Co myślisz o poezji śpiewanej?
Mieczysław Szcześniak: Jestem człowiekiem z miasta średniej wielkości, z Kalisza, 100 tys. ludzi. Poezja śpiewana była moim oknem na świat. Zawsze byłem poezją zainteresowany, czytałem i odkrywałem cudze światy, skróty mądrzejszych, zdolnych opanować treść i formę. W nastoletnim czasie najbardziej się rozwinęło i w świadomość poszło, że poezja nalepiej, bo esencjonalnie, opisuje życie, uczy ,jak docenić jego piękno, bogactwo. Ponieważ byłem utalentowany muzycznie, śpiewałem rzeczy, które poetycko mi się podobały. 
Na przykład?
Wszystkie piosenki Wolnej Grupy Bukowiny, Naszej Basi Kochanej, Eli Adamiak „Rzeczywiście tak, jak księżyc” czyli po prostu… Jaki jest tytuł tego wiersza? „Jesienna zaduma” Harasymowicza. To jedna z moich ulubionych piosenek w ogóle. Zresztą nagrałem ją na jubileusz 30-lecia pracy Eli Adamiak, na który mnie zaprosiła. Podarowałem jej to nagranie. Umieściłem je też na mojej płycie „Zwykły cud”. Z poezją śpiewaną miałem tylko jeden problem. Że muzycznie zwykle była lekuchno smęcąca czyli wpisana w muzykę na kilku funkcjach, która miała pełnić rolę usługową w stosunku do tekstu. (śmiech). No chyba , że pan Zygmunt Konieczny skomponował, wtedy to był pałac.
Nurt piosenki poetyckiej, studenckiej, w tym opozycyjnych bardów, wyrósł w PRL-u. Mamy czasy popkultury, którą nieco kontestujesz. Piosenka autorska to rzecz niszowa. Szukasz czegoś pośrodku?
Nie, wszystko, co robię, robię intuicyjnie. Zwykle płyta jest opisem fascynacji i drążących tematów  w moim życiu. Nie robię dalekosiężnych , ani nieco oddalonych nawet planów. Nie zakładam PR-owo co będę z tego miał i jak to zrealizować, żeby jak najwięcej i najlepiej mieć. Sam jestem Mieć i to mi wystarczy. (śmiech) Moje wybory w życiu może są mniej wydajne, ale mnie się podobają bardziej. Nigdy nie chciałem szczytów, chciałem dawać wyraz moim opowieściom i odkryciom.
Nie robisz planów? Płytę zapowiadasz od kilku lat!
O właśnie! I to jest dobry przykład na moją opowieść. Marzyłem o tym, żeby nagrać płytę z tekstami ks. Jana Twardowskiego, ale  nie zmuszam wierszy, żeby stały się piosenkami. Czekam, aż same zechcą. 
I co, dojrzały?
Pomogło mi duże wydanie jego twórczości, poezje zebrane. Miało się ukazać na stulecie urodzin, wyszło trochę wcześniej. Ta jedna książka i wertowanie jej spowodowały nagły przypływ pomysłów,  wysypały jak z rękawa. Posunąłem się do tego stopnia w owej pasji tworzenia, żem niektóre wiersze opracował, niektóre połączył – na co na szczęście zgodziła się pani Aleksandra Iwanowska, która opiekuje się schedą po poecie. No i powstała cała płyta.
Na płycie są kompilacje? Z dwóch wierszy robiłeś jeden?
Tak. Wiesz, miałem drobną misję. Zresztą moją jedyną ambicją, jeśli chodzi o pracę, o śpiewanie, jest to, żeby moje piosenki przydawały się do rzeczy ważniejszych niż one same. Inspirowały. Więc miałem taką misję, żeby ludzie mogli się ucieszyć tymi wierszami tak, jak ja . Wyborem wierszy też. Chciałem skrócić drogę od emocji, od serca, które nie zna na pamięć - do głowy. Bo jeśli ktoś nauczy się melodii, zapozna się z wierszem na amen. Najprościej wiersze przyswoić, kiedy się je tańczy, śpiewa, kiedy się przy nich płacze i śmieje, prawda ? . Dzieli z drugim człowiekiem. Takie było moje zamierzenie.
Wiersze Twardowskiego mają niezwykłą lekkość. Jeżeli to prawda, że sztuka dąży do  punktu; do opowiedzenia najprościej, najbardziej esencjonalnych rzeczy, to owocem takiego „zajścia” zwykle jest lekkość. Która bywa szalenie wypracowana. Jeśli chodzi o lekkość, Twardowskiego ustawiłbym go w pierwszeństwie do Nobla,  Ponieważ prostolinijność  najbardziej w życiu i w sztuce cenię. Lubię, kiedy człowiek to, co ma w sercu i w głowie, ma  na dłoni, na ustach. Jeśli jeszcze towarzyszy temu piękna i komunikatywna forma., to nie do przecenienia. . 
Co myślisz o Noblu dla Boba Dylana? Twardowski mógłby dostać, gdyby żył?
Nie, bo w cenie nie jest prostolinijność, tylko rzeczy bardziej zaangażowane społecznie, ludyczne i poważne. Dystans, który Twardowski ma do świata i do siebie jest nie parterem, a 10 piętrem. Jest wiele poziomów, które trzeba przejść, żeby dojść do 10 piętra. 
Pisał inne wiersze, niż polscy księża przed nim. No i polskiemu księdzu raczej by nie dali. 
Twardowski pisze, że wszystkie drzewa stoją rzędem i wszystkie są niewierzące. 
Dla mnie to ewangeliczne. 
No on jest księdzem. Prezentuje swój punkt widzenia. Wybrałem nie wiersze najbardziej religijne, tylko najbardziej życiowe. Chciałem zrobić z nich piosenki, które inspirują i do tańca, i do różańca. 
Czekaj, o wyborach za chwilę, co z tym Dylanem?
Dobrze, tylko skończę wątek, bo mówiłem o lekkości. Nie chciałem obciążyć formą muzyczną lekkości tych wierszy. Myślałem, jaką formę mogę im dać, żeby zyskały na przestrzeni. I wymyśliłem, że umieszczę je w idiomie muzyki słonecznej, rytmicznej – brazylijskiej. Głównie bosa nova i samba. Podjąłem się tego zadania, choć to trudne naprawdę, bo wiersze są często bez rymu. Dlatego było opracowanie i czasem łączyłem wiersze. Fraza była dla mnie bardzo ważna. Chodziło o to, żeby treści dać formę, która poszerzy przestrzeń, a nie obciąży. To po pierwsze. Po drugie, dla szlachetności zajścia, nagrałem to z Brazylijczykami, kameralnie i prawdziwie.
Chcę wiedzieć, co myślisz o Noblu. Potem już o płycie, obiecuję.
A wiesz, fajnie, że pomyśleli w ten sposób, nawet jeśli trochę komercyjnie. Myślę, że to jest zakończenie pewnej epoki, kiedy poeta miał wpływ na miliony ludzi. Nieprzypadkowo nazywamy wieszczami takich ludzi, jak u nas był Mickiewicz. Co on zrobił z kulturą, z mentalnością, z myśleniem. Z historią i psychologią… Jakie są konsekwencje, owoce tego nawet dzisiaj, w naszym rozumieniu świata. Dylan to zrobił w Ameryce, kraju, który jest największym eksperymentem na ludzkości. W krzyżówce kultur. Jest Żydem, ma swoją schedę kulturową. I nonkonformistą. Głęboko przejmował się światem i chciał go zmieniać. Miał wpływ na całe pokolenie i następne, na całym świecie. 
Tego nikt nie kwestionuje. Ale za to się daje nagrody w dziedzinie literatury?
A co sądzisz o jego literaturze?
Nie jestem literaturoznawcą. Lubię zaskoczenia. Ty mnie zaskoczyłeś wieszczem…
On był wieszczem swojego pokolenia, ewidentnie. Dylan dał Amerykanom – i światu – to, co nam Mickiewicz. Tłumaczenia decyzji są różne. Ja od 9 lat jeżdżę do Stanów, mam ciągle kontakt z ludźmi ze środowiska folkowego. Powiem, jak to wygląda od strony Amerykanów, twórców i amerykańskiej inteligencji. Miałem okazję być w Nashville, w klubie, który się nazywa Bluebird. Występowała Wandy Waldman, moja przyjaciółka, producentka, która jest przedstawicielką muzyki folk i czynną artystką. Klub jest kultowy, to taka Mekka muzyki folk. Jest król i królowa środowiska: Bob Dylan i Joni Mitchell. Mimo, że  kolegowali – ona z jazzem, a on – z rock and rollem, są wciąż uznawani za króla i królową folkowej muzyki amerykańskiej. Kultowość Dylana polega na  jego poezji. Muzycznie zawsze można mu coś zarzucić. A to nie był najlepszym wokalistą świata, a to z nie najlepszymi muzykami i nie najlepiej grał. Jego przekazem były zawsze teksty. To był konkret w opowiadaniu o kondycji człowieka i świata. 
Co ks. Twardowski mówi o kondycji człowieka? Co ty chcesz powiedzieć płytą?
Płytę nazwałem „Nierówni”, korzystając z wiersza „Sprawiedliwość”. 
Sprytne przekłamanie… (śmiech)
Umówmy się, że nie użyliśmy słowa „przekłamanie” (śmiech) tylko „zamierzenie”.
Sprawiedliwość kojarzy się od razu ze „społeczna”. 
(śmiech) Pozwoliłem sobie na zmianę tytułu, ponieważ wiedziałem, co jest dla mnie najważniejsze w wierszu. I jak odbieram jego przesłanie. To moja interpretacja. Każdemu z nas czegoś brakuje, jesteśmy przez to nierówni, a nierówni potrzebują siebie. Jest w tym pewna sprawiedliwość.
Może - inni?
Pięknie jest to powiedziane: nierówni. Inność często jest zadrą dla drugiego człowieka. Można się potknąć o to łatwo. Tak, jak o samego siebie, to jeszcze łatwiej o drugiego. 
Ludzie potrzebują poezji księdza?
Bardzo! Przecież to widać, bo czy człowiek z lewa czy z prawa, w naszym podzielonym kraju, czy myśli magicznie, czy religijnie, czy totalnie tak zwanie realnie, taka twardowska prostolinijność dotyka natychmiast, i w serce, i w głowę. Nieprzypadkowo ludzie się porozumiewają jego zwrotami, a to jest coś najlepszego, co się może przydarzyć poecie. Jego sformułowania trafiają do języka potocznego. To znaczy, że on ma nieskończone życie. 
Najbardziej chyba znane: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Masz swoje ulubione?
Cała płyta, wszystkie piosenki, są przeze mnie przemyślane i przemaglowane, w lewo, w prawo, w dół i w górę. 
Przez ile lat?
Trzy. Do trzech razy sztuka, później – chałtura… (śmiech) Myślę, że to wystarczy, dość przenoszona ciąża. Wierzę, że piosenka „Serce, to jeszcze za mało, żeby kochać” wejdzie do języka. Zdanie. Albo „Poczekaj, jak cię rąbnę, to we wszystko uwierzysz”. Może „Nierówni potrzebują siebie”. I „To, co nas spotyka, przychodzi spoza nas”. Mam nadzieję, że się do tego przysłużę, a moja radość z powodu Twardowskiego posłuży innym w sposób praktyczny. Nie tylko rozrywkowy, ale intelektualny, emocjonalny. 
Piosenek jest dwanaście. Wszystkie są dla ciebie równe? Równie kochane?
Jedenaście, dwunasta jest bonusem. Najstarszą, pierworodną piosenką jest „Modlę się o miłość”. Ale prowadzenie w grupie przypisałem piosence „Nierówni”. Bo to ładnie, żeby się przyznać, że jest się nierównym i kogoś się potrzebuje. I próbować opowiedzieć o poecie, że i on może był nierówny, choć znacznie doskonalszy ode mnie. 
Twardowski mówił o słabościach. O ludzkiej codzienności, niedoskonałej, niemoralnej… 
Obłaskawiał ją. Mało kto potrafi tak obłaskawiać. Szczególnie rzeczy trudne. A on z ciepłą akceptacją  patrzył na nasze ludzkie biedy. Sam się do nich przyznawał. Dlatego jest piosenka „Święty gapa”. Zrobiłem refren z tytułu wiersza. 
Dla mnie sam tytuł to hit (śmiech).
(śmiech). No, mam nadzieję, że to też wejdzie. 
Płyta jest międzynarodowym projektem. Brazylijczycy „czują” takie teksty?
Przełożyłem je na angielski (z pomocą). Muzycy muszą wiedzieć, o czym grają, dlatego zawsze pokazuję im teksty i w razie czego też tłumaczę. Byli zachwyceni, że biorą w takim czymś udział. I zaskoczeni, że to ksiądz. Który pisze w piosence „Krzycz do słońca”: Nie mów do pustej ściany (każdemu z nas się zdarzało do pustej, nie?), ale krzycz do słońca, nawet grzech czasem dobry, jeśli grzechem nie chce być do końca". Czy może być coś fajniejszego? Prostota. 
Kto układał muzykę?
Ja. Aranż robiliśmy razem z Paulinem Garcią. 
Płyta spodobałaby się w Brazylii? Niektórym trudno zrozumieć papieża z Ameryki Południowej, a ty eksportujesz tam polskiego księdza.
Właśnie nie eksportuję. Chciałem tylko mu dać brazylijską formę. Odbieram sposób myślenia Twardowskiego, o świecie, ludziach i o literaturze, jak słoneczną, rytmiczną muzykę brazylijską. Nie latynoską ogólnie, bo to nie jest Kuba. Oni bardzo uważnie patrzą na te rozróżnienia. Paulinho Garcia, który harmonizował i aranżował, jest purystą brazylijskiej muzyki, więc wszystko jest zagrane w idiomie. Ale kameralnie. Nic niczemu nie przeszkadza. 
I akustycznie?
Płyta jest organiczna, akustyczna, wszystkie instrumenty są prawdziwe. Nie ma niczego, co byłoby elektroniczne. To ważne i bardzo o to dbałem. Żeby było tak prawdziwe, jak prawdziwy jest Twardowski. Również w formie. Oprócz tego są nagrane smyki, które aranżowali Krzysztof Herdzin i Marcin Pospieszalski. 
Nagraliście płytę w Stanach. Amerykanie nie marudzili, że wiersze?
Wszyscy byli zachwyceni. Wzruszała ich sama kompozycja. „Serce to jeszcze za mało” jest ulubioną piosenką Roba Hoffmana (?), który miksował płytę. Mówi, że musi jeszcze raz zobaczyć tłumaczenie w najdrobniejszym szczególe, bo wzrusza się do łez… nie znając tekstu. Cieszę się, bo nie musi tego robić, jest moim kolegą. Działa na niego! Po to jakiś rodzaj sztuki się uprawia. 
Eksperymentujesz, próbujesz z różnych stron, skaczesz po gatunkach. Płyta stanowi kontynuację, czy jest czymś nowym?
Jestem muzykiem z wykształcenia, to mój zawód. Śpiewałem na festiwalach jazzowych, muzyki współczesnej, popowych, folkowych… Dla mnie tworzenie muzyki w określonym gatunku to zawsze przygoda. Dotykanie gatunku, inspiracja. To zupełnie inny świat. My ciągle myślimy, że jesteśmy dominantami, Europa i Ameryka. A większość świata słucha innej muzyki. Cała Azja, cała Afryka i cała Ameryka Południowa słucha czego innego. Nie uznają prymatu białego człowieka w muzyce. Byłem kiedyś na festiwalu „Głosy Azji”, gdzie śpiewali ludzie od Syberii aż po Pakistan. Rezonowali, śpiewali technikami, o których nie mamy pojęcia. Oni naszą muzykę uważają natomiast za dość prymitywną. (śmiech)
A ja wciąż słyszę, że jesteśmy zapatrzeni w to, co zagraniczne, nie doceniamy własnej tradycji. Choćby polskiej muzyki ludowej.
Nie mówię o szacunku dla tradycji, tylko o tym, jakie mamy wyobrażenie, a jak jest w rzeczywistości. I dlaczego nie ograniczam się do jednego gatunku. Myślę, że płyta jest pełniejszym obrazem tego, co chciałbym w życiu robić. Po pierwsze, w roli głównej jest tekst. Nie ja sam i nie moje śpiewanie. Ćwiczyłem specjalne techniki, jeszcze nigdy nie śpiewałem tak małą dynamiką. Tak mało wyrazowo. Żeby dać jak najwięcej miejsca na tekst i jego interpretację odbiorcy. W warstwie muzycznej chciałem, żeby to była muzyka brazylijska, ale z inspiracją kompozycjami piosenek przedwojennych. Naszych polskich. Ich ślad się pojawił, bo zawsze byłem nimi zafascynowany. Nauczyła mnie tego babka Zofia. Z lubością zamykała oczy i śpiewała wszystkie te kawałki, a ja jej towarzyszyłem. Od niej nauczyłem się miłości do śpiewania, radości, odłączenia się od czasu. Jej będzie zadedykowana płyta. 
Miałem pewną ideę, nie wiedziałem, jak się uda. Widzę po owocach trzyletnich, że chyba się udało. Dużo wysiłku i pracy mnie to kosztowało.
Prostota wymaga cierpliwości. Ks. Twardowski w dojrzałym wieku osiągnął sukces. 
Tak, jak Isaac Bashevis Singer czy inni.
Chcę powiedzieć, że mamy inne czasy, a sukces w dużej mierze zależy od machiny promocyjnej i pracy PR-owców. Stacje komercyjne nie chcą grać części twoich utworów, bo są zbyt chrześcijańskie. Płyta akustyczna z wierszami księdza się przebije?
Gdybym myślał, że nie, zrobiłbym płytę pod nich. Są przecież ludzie, którzy mają wrażliwość podobną do mojej. 
W sztucznym świecie rozrywki triumfy święci Adele. Jest dość naturalna, ma kawał głosu i dobre piosenki. To wystarczy? 
Jej piosenki są w określonej stylistyce, która da się wylansować przez główne media. A ja nadal eksperymentuję i nie chcę być przypisany do jednego gatunku. Chcę opowiadać historie. Nie wystarczy mi muzyka, choć jestem muzykiem. Może to jest bliższe filmowcom, tylko trzeba mieć więcej wyobraźni. 
W kulturze obrazu malujesz historie słowem i muzyką? Niezłe. Może jednak warto spróbować trochę lansu?
To zależy od tych, którzy zawiadują mediami. Problem polega na tym, że jesteśmy my i publiczność. Między nami stoją  media. Jeżeli tego nie pokażą, ludzie nie będą mieli szansy wybrać.
Apelujemy do mediów o lans prostolinijności?
Nie, o dawanie możliwości wyboru. Tylko o to. Żeby ludzie sami mogli wybrać. 
To może na koniec cytat z ks. Twardowskiego o wolności wyboru? Ciągle wybieramy. Na płytę wybrałeś pewne wiersze, odrzuciłeś inne.
(chwila namysłu) On ma właściwie serdeczne współczucie dla wyboru. Wybieranie jest trudne, nie zawsze się udaje wybrać dobrze. W piosence „Z ziemią krążymy” śpiewam: Z ziemią krążymy wokół słońca, jak drzewo, morze, głaz, jak bazalt, czarny i spokojny. Z wodą niebieską, zieloną, z głową nad śmiercią pochyloną. Z nierozpoznanym, a koniecznym miłości, małym smutkiem serca. I potem znów „z ziemią krążymy” – cała ta ludzkość i jednostka w ludzkości. Krąży. I puenta: Tylko jak z tobą, dotąd nie wiem. Drżę, że zostajesz z tym cierpieniem, co krąży tylko wokół siebie. Zostawiam to „wokół siebie”, jakby zacięła się płyta. Tak to wymyśliłem.
To ma być o wyborze?
Wybór jest cierpieniem. Poeta drży, że wybierzemy to, co się kręci wokół samego siebie. Nie daje recepty, tylko pokazuje: zobacz, to się może zdarzyć tobie. Drżyj, żeby się nie zdarzyło…    
Rozmowa dla portalu Aleteia Polska 
http://pl.aleteia.org/
 

Przyznać, że się kogoś potrzebuje

z Mieczysławem Szcześniakiem rozmawia Małgorzata Bilska

 
Małgorzata Bilska: Co myślisz o poezji śpiewanej?
Mieczysław Szcześniak: Jestem człowiekiem z miasta średniej wielkości, z Kalisza, 100 tys. ludzi. Poezja śpiewana była moim oknem na świat. Zawsze byłem poezją zainteresowany, czytałem i odkrywałem cudze światy, skróty mądrzejszych, zdolnych opanować treść i formę. W nastoletnim czasie najbardziej się rozwinęło i w świadomość poszło, że poezja nalepiej, bo esencjonalnie, opisuje życie, uczy ,jak docenić jego piękno, bogactwo. Ponieważ byłem utalentowany muzycznie, śpiewałem rzeczy, które poetycko mi się podobały.
 
Na przykład?
Wszystkie piosenki Wolnej Grupy Bukowiny, Naszej Basi Kochanej, Eli Adamiak „Rzeczywiście tak, jak księżyc” czyli po prostu… Jaki jest tytuł tego wiersza? „Jesienna zaduma” Harasymowicza. To jedna z moich ulubionych piosenek w ogóle. Zresztą nagrałem ją na jubileusz 30-lecia pracy Eli Adamiak, na który mnie zaprosiła. Podarowałem jej to nagranie. Umieściłem je też na mojej płycie „Zwykły cud”. Z poezją śpiewaną miałem tylko jeden problem. Że muzycznie zwykle była lekuchno smęcąca czyli wpisana w muzykę na kilku funkcjach, która miała pełnić rolę usługową w stosunku do tekstu. (śmiech). No chyba , że pan Zygmunt Konieczny skomponował, wtedy to był pałac.
 
Nurt piosenki poetyckiej, studenckiej, w tym opozycyjnych bardów, wyrósł w PRL-u. Mamy czasy popkultury, którą nieco kontestujesz. Piosenka autorska to rzecz niszowa. Szukasz czegoś pośrodku?
Nie, wszystko, co robię, robię intuicyjnie. Zwykle płyta jest opisem fascynacji i drążących tematów  w moim życiu. Nie robię dalekosiężnych , ani nieco oddalonych nawet planów. Nie zakładam PR-owo co będę z tego miał i jak to zrealizować, żeby jak najwięcej i najlepiej mieć. Sam jestem Mieć i to mi wystarczy. (śmiech) Moje wybory w życiu może są mniej wydajne, ale mnie się podobają bardziej. Nigdy nie chciałem szczytów, chciałem dawać wyraz moim opowieściom i odkryciom.
 
Nie robisz planów? Płytę zapowiadasz od kilku lat!
O właśnie! I to jest dobry przykład na moją opowieść. Marzyłem o tym, żeby nagrać płytę z tekstami ks. Jana Twardowskiego, ale  nie zmuszam wierszy, żeby stały się piosenkami. Czekam, aż same zechcą. 
 
I co, dojrzały?
Pomogło mi duże wydanie jego twórczości, poezje zebrane. Miało się ukazać na stulecie urodzin, wyszło trochę wcześniej. Ta jedna książka i wertowanie jej spowodowały nagły przypływ pomysłów,  wysypały jak z rękawa. Posunąłem się do tego stopnia w owej pasji tworzenia, żem niektóre wiersze opracował, niektóre połączył – na co na szczęście zgodziła się pani Aleksandra Iwanowska, która opiekuje się schedą po poecie. No i powstała cała płyta.
 
Na płycie są kompilacje? Z dwóch wierszy robiłeś jeden?
Tak. Wiesz, miałem drobną misję. Zresztą moją jedyną ambicją, jeśli chodzi o pracę, o śpiewanie, jest to, żeby moje piosenki przydawały się do rzeczy ważniejszych niż one same. Inspirowały. Więc miałem taką misję, żeby ludzie mogli się ucieszyć tymi wierszami tak, jak ja . Wyborem wierszy też. Chciałem skrócić drogę od emocji, od serca, które nie zna na pamięć - do głowy. Bo jeśli ktoś nauczy się melodii, zapozna się z wierszem na amen. Najprościej wiersze przyswoić, kiedy się je tańczy, śpiewa, kiedy się przy nich płacze i śmieje, prawda ? . Dzieli z drugim człowiekiem. Takie było moje zamierzenie.
Wiersze Twardowskiego mają niezwykłą lekkość. Jeżeli to prawda, że sztuka dąży do  punktu; do opowiedzenia najprościej, najbardziej esencjonalnych rzeczy, to owocem takiego „zajścia” zwykle jest lekkość. Która bywa szalenie wypracowana. Jeśli chodzi o lekkość, Twardowskiego ustawiłbym go w pierwszeństwie do Nobla,  Ponieważ prostolinijność  najbardziej w życiu i w sztuce cenię. Lubię, kiedy człowiek to, co ma w sercu i w głowie, ma  na dłoni, na ustach. Jeśli jeszcze towarzyszy temu piękna i komunikatywna forma., to nie do przecenienia. . 
 
Co myślisz o Noblu dla Boba Dylana? Twardowski mógłby dostać, gdyby żył?
Nie, bo w cenie nie jest prostolinijność, tylko rzeczy bardziej zaangażowane społecznie, ludyczne i poważne. Dystans, który Twardowski ma do świata i do siebie jest nie parterem, a 10 piętrem. Jest wiele poziomów, które trzeba przejść, żeby dojść do 10 piętra. 
Pisał inne wiersze, niż polscy księża przed nim. No i polskiemu księdzu raczej by nie dali. 
Twardowski pisze, że wszystkie drzewa stoją rzędem i wszystkie są niewierzące. 
Dla mnie to ewangeliczne. 
No on jest księdzem. Prezentuje swój punkt widzenia. Wybrałem nie wiersze najbardziej religijne, tylko najbardziej życiowe. Chciałem zrobić z nich piosenki, które inspirują i do tańca, i do różańca. 
 
Czekaj, o wyborach za chwilę, co z tym Dylanem?
Dobrze, tylko skończę wątek, bo mówiłem o lekkości. Nie chciałem obciążyć formą muzyczną lekkości tych wierszy. Myślałem, jaką formę mogę im dać, żeby zyskały na przestrzeni. I wymyśliłem, że umieszczę je w idiomie muzyki słonecznej, rytmicznej – brazylijskiej. Głównie bosa nova i samba. Podjąłem się tego zadania, choć to trudne naprawdę, bo wiersze są często bez rymu. Dlatego było opracowanie i czasem łączyłem wiersze. Fraza była dla mnie bardzo ważna. Chodziło o to, żeby treści dać formę, która poszerzy przestrzeń, a nie obciąży. To po pierwsze. Po drugie, dla szlachetności zajścia, nagrałem to z Brazylijczykami, kameralnie i prawdziwie.
Chcę wiedzieć, co myślisz o Noblu. Potem już o płycie, obiecuję.
A wiesz, fajnie, że pomyśleli w ten sposób, nawet jeśli trochę komercyjnie. Myślę, że to jest zakończenie pewnej epoki, kiedy poeta miał wpływ na miliony ludzi. Nieprzypadkowo nazywamy wieszczami takich ludzi, jak u nas był Mickiewicz. Co on zrobił z kulturą, z mentalnością, z myśleniem. Z historią i psychologią… Jakie są konsekwencje, owoce tego nawet dzisiaj, w naszym rozumieniu świata. Dylan to zrobił w Ameryce, kraju, który jest największym eksperymentem na ludzkości. W krzyżówce kultur. Jest Żydem, ma swoją schedę kulturową. I nonkonformistą. Głęboko przejmował się światem i chciał go zmieniać. Miał wpływ na całe pokolenie i następne, na całym świecie. 
 
Tego nikt nie kwestionuje. Ale za to się daje nagrody w dziedzinie literatury?
A co sądzisz o jego literaturze?
 
Nie jestem literaturoznawcą. Lubię zaskoczenia. Ty mnie zaskoczyłeś wieszczem…
On był wieszczem swojego pokolenia, ewidentnie. Dylan dał Amerykanom – i światu – to, co nam Mickiewicz. Tłumaczenia decyzji są różne. Ja od 9 lat jeżdżę do Stanów, mam ciągle kontakt z ludźmi ze środowiska folkowego. Powiem, jak to wygląda od strony Amerykanów, twórców i amerykańskiej inteligencji. Miałem okazję być w Nashville, w klubie, który się nazywa Bluebird. Występowała Wandy Waldman, moja przyjaciółka, producentka, która jest przedstawicielką muzyki folk i czynną artystką. Klub jest kultowy, to taka Mekka muzyki folk. Jest król i królowa środowiska: Bob Dylan i Joni Mitchell. Mimo, że  kolegowali – ona z jazzem, a on – z rock and rollem, są wciąż uznawani za króla i królową folkowej muzyki amerykańskiej. Kultowość Dylana polega na  jego poezji. Muzycznie zawsze można mu coś zarzucić. A to nie był najlepszym wokalistą świata, a to z nie najlepszymi muzykami i nie najlepiej grał. Jego przekazem były zawsze teksty. To był konkret w opowiadaniu o kondycji człowieka i świata. 
 
Co ks. Twardowski mówi o kondycji człowieka? Co ty chcesz powiedzieć płytą?
Płytę nazwałem „Nierówni”, korzystając z wiersza „Sprawiedliwość”. 
 
Sprytne przekłamanie… (śmiech)
Umówmy się, że nie użyliśmy słowa „przekłamanie” (śmiech) tylko „zamierzenie”.
 
Sprawiedliwość kojarzy się od razu ze „społeczna”. 
(śmiech) Pozwoliłem sobie na zmianę tytułu, ponieważ wiedziałem, co jest dla mnie najważniejsze w wierszu. I jak odbieram jego przesłanie. To moja interpretacja. Każdemu z nas czegoś brakuje, jesteśmy przez to nierówni, a nierówni potrzebują siebie. Jest w tym pewna sprawiedliwość.
 
Może - inni?
Pięknie jest to powiedziane: nierówni. Inność często jest zadrą dla drugiego człowieka. Można się potknąć o to łatwo. Tak, jak o samego siebie, to jeszcze łatwiej o drugiego. 
 
Ludzie potrzebują poezji księdza?
Bardzo! Przecież to widać, bo czy człowiek z lewa czy z prawa, w naszym podzielonym kraju, czy myśli magicznie, czy religijnie, czy totalnie tak zwanie realnie, taka twardowska prostolinijność dotyka natychmiast, i w serce, i w głowę. Nieprzypadkowo ludzie się porozumiewają jego zwrotami, a to jest coś najlepszego, co się może przydarzyć poecie. Jego sformułowania trafiają do języka potocznego. To znaczy, że on ma nieskończone życie. 
 
Najbardziej chyba znane: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Masz swoje ulubione?
Cała płyta, wszystkie piosenki, są przeze mnie przemyślane i przemaglowane, w lewo, w prawo, w dół i w górę. 
 
Przez ile lat?
Trzy. Do trzech razy sztuka, później – chałtura… (śmiech) Myślę, że to wystarczy, dość przenoszona ciąża. Wierzę, że piosenka „Serce, to jeszcze za mało, żeby kochać” wejdzie do języka. Zdanie. Albo „Poczekaj, jak cię rąbnę, to we wszystko uwierzysz”. Może „Nierówni potrzebują siebie”. I „To, co nas spotyka, przychodzi spoza nas”. Mam nadzieję, że się do tego przysłużę, a moja radość z powodu Twardowskiego posłuży innym w sposób praktyczny. Nie tylko rozrywkowy, ale intelektualny, emocjonalny. 
 
Piosenek jest dwanaście. Wszystkie są dla ciebie równe? Równie kochane?
Jedenaście, dwunasta jest bonusem. Najstarszą, pierworodną piosenką jest „Modlę się o miłość”. Ale prowadzenie w grupie przypisałem piosence „Nierówni”. Bo to ładnie, żeby się przyznać, że jest się nierównym i kogoś się potrzebuje. I próbować opowiedzieć o poecie, że i on może był nierówny, choć znacznie doskonalszy ode mnie. 
 
Twardowski mówił o słabościach. O ludzkiej codzienności, niedoskonałej, niemoralnej… 
Obłaskawiał ją. Mało kto potrafi tak obłaskawiać. Szczególnie rzeczy trudne. A on z ciepłą akceptacją  patrzył na nasze ludzkie biedy. Sam się do nich przyznawał. Dlatego jest piosenka „Święty gapa”. Zrobiłem refren z tytułu wiersza. 
 
Dla mnie sam tytuł to hit (śmiech).
(śmiech). No, mam nadzieję, że to też wejdzie. 
 
Płyta jest międzynarodowym projektem. Brazylijczycy „czują” takie teksty?
Przełożyłem je na angielski (z pomocą). Muzycy muszą wiedzieć, o czym grają, dlatego zawsze pokazuję im teksty i w razie czego też tłumaczę. Byli zachwyceni, że biorą w takim czymś udział. I zaskoczeni, że to ksiądz. Który pisze w piosence „Krzycz do słońca”: Nie mów do pustej ściany (każdemu z nas się zdarzało do pustej, nie?), ale krzycz do słońca, nawet grzech czasem dobry, jeśli grzechem nie chce być do końca". Czy może być coś fajniejszego? Prostota.
 
Kto układał muzykę?
Ja. Aranż robiliśmy razem z Paulinem Garcią. 
 
Płyta spodobałaby się w Brazylii? Niektórym trudno zrozumieć papieża z Ameryki Południowej, a ty eksportujesz tam polskiego księdza.
Właśnie nie eksportuję. Chciałem tylko mu dać brazylijską formę. Odbieram sposób myślenia Twardowskiego, o świecie, ludziach i o literaturze, jak słoneczną, rytmiczną muzykę brazylijską. Nie latynoską ogólnie, bo to nie jest Kuba. Oni bardzo uważnie patrzą na te rozróżnienia. Paulinho Garcia, który harmonizował i aranżował, jest purystą brazylijskiej muzyki, więc wszystko jest zagrane w idiomie. Ale kameralnie. Nic niczemu nie przeszkadza. 
 
I akustycznie?
Płyta jest organiczna, akustyczna, wszystkie instrumenty są prawdziwe. Nie ma niczego, co byłoby elektroniczne. To ważne i bardzo o to dbałem. Żeby było tak prawdziwe, jak prawdziwy jest Twardowski. Również w formie. Oprócz tego są nagrane smyki, które aranżowali Krzysztof Herdzin i Marcin Pospieszalski. 
 
Nagraliście płytę w Stanach. Amerykanie nie marudzili, że wiersze?
Wszyscy byli zachwyceni. Wzruszała ich sama kompozycja. „Serce to jeszcze za mało” jest ulubioną piosenką Roba Hoffmana (?), który miksował płytę. Mówi, że musi jeszcze raz zobaczyć tłumaczenie w najdrobniejszym szczególe, bo wzrusza się do łez… nie znając tekstu. Cieszę się, bo nie musi tego robić, jest moim kolegą. Działa na niego! Po to jakiś rodzaj sztuki się uprawia. 
 
Eksperymentujesz, próbujesz z różnych stron, skaczesz po gatunkach. Płyta stanowi kontynuację, czy jest czymś nowym?
Jestem muzykiem z wykształcenia, to mój zawód. Śpiewałem na festiwalach jazzowych, muzyki współczesnej, popowych, folkowych… Dla mnie tworzenie muzyki w określonym gatunku to zawsze przygoda. Dotykanie gatunku, inspiracja. To zupełnie inny świat. My ciągle myślimy, że jesteśmy dominantami, Europa i Ameryka. A większość świata słucha innej muzyki. Cała Azja, cała Afryka i cała Ameryka Południowa słucha czego innego. Nie uznają prymatu białego człowieka w muzyce. Byłem kiedyś na festiwalu „Głosy Azji”, gdzie śpiewali ludzie od Syberii aż po Pakistan. Rezonowali, śpiewali technikami, o których nie mamy pojęcia.
Oni naszą muzykę uważają natomiast za dość prymitywną. (śmiech)
 
A ja wciąż słyszę, że jesteśmy zapatrzeni w to, co zagraniczne, nie doceniamy własnej tradycji. Choćby polskiej muzyki ludowej.
Nie mówię o szacunku dla tradycji, tylko o tym, jakie mamy wyobrażenie, a jak jest w rzeczywistości. I dlaczego nie ograniczam się do jednego gatunku. Myślę, że płyta jest pełniejszym obrazem tego, co chciałbym w życiu robić. Po pierwsze, w roli głównej jest tekst. Nie ja sam i nie moje śpiewanie. Ćwiczyłem specjalne techniki, jeszcze nigdy nie śpiewałem tak małą dynamiką. Tak mało wyrazowo. Żeby dać jak najwięcej miejsca na tekst i jego interpretację odbiorcy. W warstwie muzycznej chciałem, żeby to była muzyka brazylijska, ale z inspiracją kompozycjami piosenek przedwojennych. Naszych polskich. Ich ślad się pojawił, bo zawsze byłem nimi zafascynowany. Nauczyła mnie tego babka Zofia. Z lubością zamykała oczy i śpiewała wszystkie te kawałki, a ja jej towarzyszyłem. Od niej nauczyłem się miłości do śpiewania, radości, odłączenia się od czasu. Jej będzie zadedykowana płyta. 
Miałem pewną ideę, nie wiedziałem, jak się uda. Widzę po owocach trzyletnich, że chyba się udało. Dużo wysiłku i pracy mnie to kosztowało.
 
Prostota wymaga cierpliwości. Ks. Twardowski w dojrzałym wieku osiągnął sukces. 
Tak, jak Isaac Bashevis Singer czy inni.
 
Chcę powiedzieć, że mamy inne czasy, a sukces w dużej mierze zależy od machiny promocyjnej i pracy PR-owców. Stacje komercyjne nie chcą grać części twoich utworów, bo są zbyt chrześcijańskie. Płyta akustyczna z wierszami księdza się przebije?
Gdybym myślał, że nie, zrobiłbym płytę pod nich. Są przecież ludzie, którzy mają wrażliwość podobną do mojej. 
 
W sztucznym świecie rozrywki triumfy święci Adele. Jest dość naturalna, ma kawał głosu i dobre piosenki. To wystarczy? 
Jej piosenki są w określonej stylistyce, która da się wylansować przez główne media. A ja nadal eksperymentuję i nie chcę być przypisany do jednego gatunku. Chcę opowiadać historie. Nie wystarczy mi muzyka, choć jestem muzykiem. Może to jest bliższe filmowcom, tylko trzeba mieć więcej wyobraźni. 
 
W kulturze obrazu malujesz historie słowem i muzyką? Niezłe. Może jednak warto spróbować trochę lansu?
To zależy od tych, którzy zawiadują mediami. Problem polega na tym, że jesteśmy my i publiczność. Między nami stoją  media. Jeżeli tego nie pokażą, ludzie nie będą mieli szansy wybrać.
 
Apelujemy do mediów o lans prostolinijności?
Nie, o dawanie możliwości wyboru. Tylko o to. Żeby ludzie sami mogli wybrać. 
 
To może na koniec cytat z ks. Twardowskiego o wolności wyboru? Ciągle wybieramy. Na płytę wybrałeś pewne wiersze, odrzuciłeś inne.
(chwila namysłu) On ma właściwie serdeczne współczucie dla wyboru. Wybieranie jest trudne, nie zawsze się udaje wybrać dobrze. W piosence „Z ziemią krążymy” śpiewam: Z ziemią krążymy wokół słońca, jak drzewo, morze, głaz, jak bazalt, czarny i spokojny. Z wodą niebieską, zieloną, z głową nad śmiercią pochyloną. Z nierozpoznanym, a koniecznym miłości, małym smutkiem serca. I potem znów „z ziemią krążymy” – cała ta ludzkość i jednostka w ludzkości. Krąży. I puenta: Tylko jak z tobą, dotąd nie wiem. Drżę, że zostajesz z tym cierpieniem, co krąży tylko wokół siebie. Zostawiam to „wokół siebie”, jakby zacięła się płyta. Tak to wymyśliłem.
 
To ma być o wyborze?
Wybór jest cierpieniem. Poeta drży, że wybierzemy to, co się kręci wokół samego siebie. Nie daje recepty, tylko pokazuje: zobacz, to się może zdarzyć tobie. Drżyj, żeby się nie zdarzyło…    

powrót